— Rozumiesz teraz, czemu cię zawsze wypuszczałem wolno, chociaż od tylu tygodni mogłem cię zgnieść? Rozumiesz, jakim cudem udało ci się dotrzeć aż tutaj? Czy rozumiesz, że oddałem każdemu ze swych ludzi jego część łupu i że wszystkich ich spotkałeś w nocy na wybrzeżu? Rozumiesz to? Wydrążona Iglica to Awantura. Dopóki jest moja, jestem Awanturnikiem. Iglica odebrana to przeszłość, która ode mnie odpada, to zaczynająca się przyszłość, przyszłość spokojna i szczęśliwa, w której nie będę się rumienił pod spojrzeniami Rajmundy... przyszłość...

Odwrócił się wściekły do drzwi:

— Ucisz się, Ganimard, nie skończyłem jeszcze swojej przemowy!

Ciosy padały niczym uderzenia taranu we drzwi.

Beautrelet, stojący naprzeciw Lupina, z ciekawością czekał rozwoju wypadków, nie rozumiejąc zachowania Lupina. Oddał Iglicę, no dobrze, ale czemuż wydaje siebie? Jaki był jego plan? Czy spodziewał się wymknąć Ganimardowi? A z drugiej strony, gdzie znajdowała się Rajmunda?

A Lupin tym czasem rozmyślał, mrucząc:

— Szlachetny... Arsène Lupin szlachetny... już żadnych kradzieży... żyć jak wszyscy inni... A czemużby nie? Czemużby i mnie nie miało się udać... No, dajże mi spokój, Ganimard! Nie wiesz, po trzykroć idioto, że właśnie wygłaszam historyczne słowa i że Beautrelet notuje je dla potomności!

Zaczął się śmiać:

— Tracę nadaremnie czas. Ganimard nigdy nie pojmie wartości mych historycznych słów.

Wziął kawałek czerwonej kredy, przystawił do ściany stołek i napisał wielkimi literami: