Przypatrywał się także Rajmundzie. Młoda kobieta milczała, przytulona do tego, którego kochała. Wzięła jego dłonie w swoje i często podnosiła na niego oczy. Beautrelet zauważył kilkakrotnie, że jej dłonie lekko się zaciskały, a w jej oczach wzmógł się smutek. Za każdym razem była to jakby niema i bolesna odpowiedź na wybryki Lupina. Zdawałoby się, że ta lekkość jego słów, ten sarkastyczny pogląd na życie sprawiał jej ból.
— Cicho — szepnęła. — Śmiech wyzywa przeznaczenie... Jeszcze tyle może nas czekać nieszczęść!
Naprzeciw Dieppe musieli się zanurzyć, żeby uniknąć zauważenia przez łodzie rybackie. Po dwudziestu minutach skręcili w stronę brzegu i łódź wpłynęła do małego podmorskiego portu, utworzonego w nieregularnym wydrążeniu między skałami, podpłynęła bokiem do mola i podniosła się na powierzchnię.
— Port Lupina — oznajmił Lupin.
Miejsce to, położone o pięć mil od Dieppe i o trzy od Tréport, osłonięte z prawej i z lewej strony dwoma osuwiskami klifu, było zupełnie puste. Delikatny piasek pokrywał zaokrąglone zbocze malutkiej plaży.
— Na ląd, Beautrelet... Rajmundo, daj mi rękę... Ty, Charolais, wróć do Iglicy, zobacz, co się dzieje pomiędzy Ganimardem i Duguay-Trouin, i wróć pod koniec dnia, żeby mi o tym opowiedzieć. Ta sprawa strasznie mnie interesuje.
Beautrelet zastanawiał się z zaciekawieniem, jak wydostaną się z tej ciasnej zatoczki, nazywanej Port Lupin, gdy zauważył u stóp klifu poręcze żelaznej drabiny.
— Izydorze — rzekł Lupin — gdybyś znał geografię i historię swojego kraju, wiedziałbyś, że znajdujemy się w głębi wąwozu Parfonval, w gminie Biville. Przeszło sto lat temu, w nocy dwudziestego trzeciego sierpnia tysiąc osiemset trzeciego roku Georges Cadoucal i jego sześciu wspólników, którzy wylądowali we Francji z zamiarem porwania pierwszego konsula, Bonapartego, wdrapali się aż na samą górę drogą, którą ci pokażę. Potem droga ta uległa zniszczeniu, zawaliły ją osypiska. Ale Ludwik Valméras, bardziej znany jako Arsène Lupin, odnowił ją na własnym koszt i kupił dobra Neuvillette, w których spiskowcy spędzili swą pierwszą noc i gdzie, wycofawszy się ze spraw tego świata, zamierza żyć wraz z żoną i matką życiem szacownego posiadacza ziemskiego. Gentleman-włamywacz umarł, niech żyje gentleman-gospodarz.
Za drabiną następowała jakby gardziel, stromy wąwóz, wyrzeźbiony bez wątpienia przez ulewy, na dnie którego znajdowało się coś w rodzaju schodów zaopatrzonych w poręcz. Otóż, jak to wyjaśnił Lupin, poręcz została umieszczona zamiast długiej liny, przymocowanej do dwu pali, z której korzystali niegdyś wieśniacy przy schodzeniu na plażę.
Po półgodzinnym uciążliwym wchodzeniu znaleźli się na płaskowyżu, niedaleko jednej z tych wykopanych w ziemi budek, które służą za schronienie nadbrzeżnej straży celnej. I faktycznie po dwóch minutach zjawił się strażnik.