— Jak wyglądał ten marynarz?
— Jak nietutejszy... jak Anglik.
— Ach! — zawołał zaintrygowany Lupin. — I nakazałeś Cezarynie...
— Żeby uważała, tak, panie.
— To dobrze, uważaj na powrót Charolais’a za trzy godziny. Gdyby coś się wydarzyło, jestem w domu.
Powiedziawszy to, poszedł dalej ze swymi towarzyszami i zwrócił się do Beautreleta:
— To mnie niepokoi... Czy to Sholmes? Ach, jeśli to on, i w dodatku z pewnością rozwścieczony, to trzeba się lękać wszystkiego.
Zawahał się przez chwilę.
— Zastanawiam się, czy nie powinniśmy wrócić. Tak, mam złe przeczucia...
Jak okiem sięgnąć, rozciągały się przed nimi lekko pofałdowane równiny. Nieco na lewo piękna aleja drzew wiodła do dworu Neuvillette, którego budynki już było widać... Był to przygotowany przez niego zakątek, azyl, który przyrzekł Rajmundzie. Czyż miałby z powodu głupich przeczuć wyrzec się szczęścia w chwili, w której dobijał do brzegu?