Ujął Izydora za ramię i wskazał mu idącą przodem Rajmundę:
— Popatrz na nią. Kiedy idzie, jej postać kołysze się z lekka... nie mogę patrzeć na to bez drżenia... Ale w ogóle wszystko w niej daje mi ten dreszcz wzruszenia i miłości, jej ruchy i jej spoczynek, jej głos i jej milczenie. Słuchaj, samo podążanie śladami jej kroków sprawia mi prawdziwą rozkosz. Ach, Beautrelet, czy ona kiedyś zapomni, że byłem Lupinem? Czy zdołam wymazać z jej pamięci całą tę przeszłość, którą ona przeklina?
Opanował się i z upartą pewnością rzekł:
— Zapomni! Zapomni, gdyż dla niej poświęciłem wszystko. Poświęciłem niedostępną kryjówkę w Wydrążonej Iglicy, swoje skarby, swoją potęgę i dumę... Poświęciłem wszystko... Nie chcę już być niczym... niczym, tylko człowiekiem, który kocha... człowiekiem szlachetnym, gdyż ona może kochać tylko człowieka szlachetnego... Zresztą, cóż mi to być szlachetnym? To wcale nie hańbi bardziej od innych rzeczy...
Żart ten wymknął mu się, by tak rzec, mimowolnie. Jego głos był poważny i bez ironii. Mówił cicho, z powstrzymywaną gwałtownością:
— Ach, widzisz, Beautrelet, ze wszystkich szalonych radości, których doznałem w swym awanturniczym życiu, żadna nie jest warta radości, którą mi sprawia jej spojrzenie, kiedy jest ze mnie zadowolona... Czuję się wtedy słaby jak dziecko... i mam ochotę płakać...
Czyżby płakał? Beautreletowi zdawało się, że łzy napłynęły mu do oczu. Łzy w oczach Lupina! Łzy miłości!
Zbliżyli się do starej bramy wjazdowej.
Lupin przystanął na chwilę i wyjąkał:
— Czemuż ja się boję?... Coś mnie przygniata... Czy przygoda z Wydrążoną Iglicą jeszcze się nie skończyła? Czy los nie zgadza się na rozwiązanie, które wybrałem?