Wobec możliwości tego zwycięstwa pan Filleul, tak samo jak prokuratura paryska zdawali się zazdrośni, radzi zachować je dla siebie.

Z jednej strony istotnie nie udało się stwierdzić tożsamości pana Harlingtona ani dostarczyć niezbitego dowodu jego związków z bandą Lupina. Wspólnik, tajemny czy nie, milczał uparcie. Co więcej, po zbadaniu jego pisma nie można było dalej twierdzić, że to on był autorem przechwyconego listu. Niejaki pan Harlington, posiadacz małej walizki i portfelu nabitego banknotami, zajechał do Grand Hotelu, oto wszystko, co można było stwierdzić.

Z drugiej strony, w Dieppe pan Filleul tkwił na pozycjach, które zdobył mu Beautrelet. Nie uczynił ani jednego kroku naprzód. Wokół osobnika, którego panna de Saint-Véran wzięła za Beautreleta w przeddzień zbrodni, rozciągała się ta sama tajemnica. Te same mroki panowały również nad tym wszystkim, co dotyczyło zabrania czterech Rubensów. Co stało się z tymi obrazami? Jaką drogą odjechał automobil, który wywiózł je w nocy?

Dowody jego przejazdu zebrano w Luneray, w Yerville, w Yvetot, jak również w Caudebec-en-Caux, gdzie o świcie musiał przekroczyć Sekwanę na promie parowym. Lecz kiedy zbadano sprawę dokładnie, okazało się, że automobil był odkryty i niemożliwe byłoby umieszczenie w nim czterech wielkich obrazów, żeby ich nie zauważyli pracownicy promu.

Był to najprawdopodobniej ten sam automobil, lecz wówczas na nowo nasuwało się pytanie: co stało się z czterema Rubensami?

Tyle nagromadziło się zagadnień, które pan Filleul pozostawił bez odpowiedzi. Co dzień jego podwładni przetrząsali czworobok ruin. Prawie co dzień sam kierował poszukiwaniami. Lecz stąd do odnalezienia kryjówki, w której konał Lupin — o ile zdanie Beautreleta było słuszne — stąd do odkrycia tej kryjówki była przepaść, o której przebyciu znakomitemu urzędnikowi nawet śnić się nie mogło.

Było więc naturalna rzeczą, że zwrócono się do Izydora Beautreleta, gdyż jemu jednemu udało się rozproszyć ciemności, które poza nim gromadziły się jeszcze gęstsze i bardziej nieprzeniknione. Czemu się nie zapalił do tej sprawy? Od punktu, do którego ją doprowadził, wystarczyłoby mu tylko trochę wysiłku, żeby dojść do końca.

Pytanie to postawił mu jeden z redaktorów „Grand Journal” w dniu, w którym wszedł do liceum Janson pod fałszywym nazwiskiem Bernoda, korespondującego z Beautreletem.

Na to Izydor odparł bardzo mądrze:

— Drogi panie, na tym świecie istnieje nie tylko Lupin, nie tylko historie włamywaczy i detektywów, lecz istnieje także rzeczywistość, która nazywa się egzaminem dojrzałości. Otóż ja zdaję go w lipcu. Mamy maj, a nie chciałbym przepaść. Bo cóż by powiedział mój szanowny ojciec?