— A może zginął od ran — podnosili zwolennicy, którzy woleliby raczej śmierć niż ujęcie swego bohatera.

I następowała natychmiastowa replika:

— Ejże! Gdyby Lupin zmarł, jego wspólnicy wiedzieliby o tym i pomściliby go. Tak powiedział Beautrelet.

Nadszedł 6 czerwca. Pół tuzina dziennikarzy czatowało na Izydora na dworcu Saint-Lazare. Dwaj z nich chcieli mu towarzyszyć w drodze. Błagał ich, żeby tego nie robili.

Zatem pojechał sam. Jego przedział był pusty. Zmęczony szeregiem nocy poświęconych pracy, zasnął zaraz głębokim snem. We śnie miał wrażenie, że zatrzymywali się na różnych stacjach i że ludzie wsiadali i wysiadali. Zbudziwszy się w Rouen, był jeszcze sam. Lecz na oparciu przeciwległej ławki zobaczył dużą kartkę papieru przymocowaną za pomocą szpilki do szarego materiału. Napisano na niej:

Każdy niech pilnuje swego. Niech się pan zajmuje swoimi sprawami. Jeśli nie, tym gorzej dla pana.

— Doskonale! — zawołał, zacierając ręce. — Widocznie źle w obozie wrogów. Ta groźba jest tak samo głupia i tak samo ordynarna, jak groźba rzekomego woźnicy. Co za styl! Od razu widać, że nie Lupin to pisał.

Pociąg wjechał w tunel, który poprzedza stare miasto normandzkie. Na dworcu Izydor przeszedł się dwa czy trzy razy po peronie, żeby wyprostować nogi. Właśnie miał wrócić do swego przedziału, gdy wtem wymknął mu się okrzyk. Przechodząc obok stoiska księgarskiego, przeczytał z roztargnieniem kilka linijek na pierwszej stronie specjalnego wydania „Journal de Rouen” i nagle dostrzegł ich straszliwe znaczenie:

Z ostatniej chwili. Dowiadujemy się telefonicznie z Dieppe, że tej nocy złoczyńcy wtargnęli do zamku d’Ambrumésy, związali i zakneblowali pannę de Gesvres i porwali pannę de Saint-Véran. Ślady krwi odnaleziono o pięćset metrów od zamku, tuż obok znaleziono bandaż, również zakrwawiony. Można obawiać się, że biedną dziewczynę zamordowano.

Aż do Dieppe Izydor Beautrelet siedział nieruchomo. Skulony we dwoje, z łokciami na kolanach i z twarzą ukrytą w dłoniach, rozmyślał.