Hrabia schylił się i podniósł kawałek statuetki.

— Niech się pan dobrze przypatrzy, panie hrabio... Gips! Gips patynowany, pokryty sztuczną pleśnią, pozieleniały jak stary kamień... Ale gips, odlewy z gipsu... Oto, co zostało z doskonałego arcydzieła... Oto, co zrobili w ciągu kilku dni!... Oto, co sporządził imć pan Charpenais, kopista Rubensa, rok temu.

Z kolei chwycił za ramię pana Filleul.

— Co pan o tym myśli, panie sędzio śledczy? Czyż to nie piękne? Nie ogromne? Nie gigantyczne? Kaplica skradziona! Cała kaplica skradziona, kamień po kamieniu! Cały ludek posążków wzięty w niewolę i zastąpiony przez poczciwców ze stiuku13! Jeden z najwspanialszych okazów z epoki niezrównanej sztuki skonfiskowany! Słowem, kaplica skradziona! Czyż to nie straszne? Ach, panie sędzio śledczy, cóż to za genialny człowiek!

— Daje się pan ponieść emocjom, panie Beautrelet.

— Nie da się nazbyt ponieść się emocjom, proszę pana, kiedy chodzi o takich ludzi. Wszystko, co przerasta przeciętność, godne jest uwielbienia. A ten przerasta wszystko. Jest w tej kradzieży bogactwo koncepcji, siła i potęga, spryt i swoboda, które wywołują we mnie dreszcz.

— Szkoda, że nie żyje — szydził pan Filleul — inaczej byłby skończył na kradzieży wież Notre Dame.

Izydor wzruszył ramionami.

— Niech pan nie szydzi. Ten człowiek, choć martwy, sprawia panu sporo kłopotu.

— Ależ nie przeczę... ależ nie przeczę, panie Beautrelet, i przyznaję, że nie bez pewnego wzruszenia przygotowuję się do podziwiania go... jeśli tylko jego towarzysze nie zabrali jego ciała.