— Niech pan sobie nie kaleczy palców, mój młody przyjacielu, mam także klucz do tych drzwi.

— Zostaje okno! — krzyknął Beautrelet.

— Za późno — rzekł Brédoux, który rozparł się przed oknem, z rewolwerem w ręku.

Wszystkie drogi były odcięte. Nie pozostawało nic innego, jak bronić się przeciw nieprzyjacielowi, który zdemaskował się z tak brutalną odwagą. Izydor, którego zdjęło uczucie nieznanego lęku, skrzyżował ramiona.

— Dobrze — mruknął pisarz — a teraz sprawmy się krótko.

Wyciągnął zegarek.

— Ten poczciwiec Filleul dojdzie do bramy. U bramy ani śladu prokuratora. Wówczas wróci. To daje około czterech minut. Jednej potrzeba mi na ucieczkę przez to okno, przemknięcie się przez furtkę przy ruinach i dopadnięcie motocyklu, który na mnie czeka. Zatem zostają trzy minuty. To wystarczy.

Była to figura dziwaczna, szpetna, której długie, wątłe nogi utrzymywały w równowadze ogromny tors, okrągły jak ciało pająka i opatrzony ogromnymi rękami. Koścista twarz i niskie, małe czoło wskazywały na nieco ograniczoną zawziętość osobnika.

Pod Beautreletem zachwiały się nogi. Musiał usiąść.

— Proszę mówić. Czego pan chce?