— Kartki. Trzy dni jej szukam.

— Nie mam jej.

— Kłamiesz. Kiedy wszedłem, widziałem, jak wkładałeś ją do portfela.

— A potem?

— Potem? Przyrzekniesz, że będziesz grzeczny. Denerwujesz nas. Daj nam spokój i zajmij się swoimi sprawami. Tracimy już cierpliwość.

Postąpił naprzód, z rewolwerem wciąż wymierzonym do młodzieńca, i mówił głucho, energicznie akcentując zgłoski. Spojrzenie jego było twarde, uśmiech okrutny.

Beautrelet zadrżał. Po raz pierwszy doznał uczucia niebezpieczeństwa, i to jakiego niebezpieczeństwa! Stał wobec nieubłaganego wroga, wobec ślepej, niepowstrzymanej siły.

— A potem? — powiedział zdławionym głosem.

— Potem? Nic... Będziesz wolny... Zapomnimy...

Milczenie. Brédoux zaczął dalej: