— Została tylko minuta. Trzeba się zdecydować. Dalej, kochany, tylko bez głupstw... Jesteśmy silniejsi, zawsze i wszędzie... Prędko, kartka...
Izydor nie ruszał się. Blady, przerażony, panował jednak nad sobą, mimo rozstroju nerwów miał jasny umysł. Dwadzieścia centymetrów od jego oczu otwierała się mała czarna paszcza rewolweru. Zgięty palec ciążył wyraźnie na spuście. Wystarczyłby lekki wysiłek...
— Kartka — powtórzył Brédoux. — Inaczej...
— Oto ona — rzekł Beautrelet.
Wyciągnął z kieszeni portfel i podał pisarzowi, który chwycił go gwałtownie.
— Doskonale! Jesteś rozsądny, stanowczo, można z tobą coś zrobić... Trochę kłopotliwy, ale rozsądny. Powiem o tym towarzyszom. A teraz zmykam. Bądź zdrów.
Schował rewolwer i zaczął otwierać okno.
W korytarzu rozległ się hałas.
— Bądź zdrów — powiedział znowu. — Najwyższy czas.
Jednak wstrzymała go jakaś myśl. Przejrzał portfel.