Ach, ten śmiech! Ten młodzieńczy, pogodny śmiech, którego miła ironia tak często mnie bawiła!... Przebiegł mnie dreszcz. Czy to możliwe?

— Nie! Nie! — protestowałem z pewnym przerażeniem. — To niemożliwe...

— To niemożliwe, żebym to był ja, ponieważ ja nie żyję, nieprawdaż, a pan nie wierzy w duchy?

I zaśmiał się znowu.

— Czy należę do tych, co umierają? Umrzeć w taki sposób, od kuli strzelonej w plecy przez dziewczynę! Doprawdy, źle mnie pan ocenia! Tak jakbym zgodził się na podobny koniec!

— Więc to pan! — bełkotałem, wciąż jeszcze nie wierząc, a jednak cały wzruszony. — Więc to pan!... Nie mogę pana poznać...

— A zatem — rzekł wesoło — jestem spokojny. Jeśli jedyny człowiek, któremu pokazałem, jak naprawdę wyglądam, dzisiaj mnie nie poznaje, to każdy, kto mnie odtąd zobaczy takiego, jaki dzisiaj jestem, też mnie nie rozpozna, tym bardziej jeśli zobaczy mój prawdziwy wygląd, jeżeli ja w ogóle mam prawdziwy wygląd...

Przypomniałem sobie teraz jego głos, ponieważ nie zmieniał właściwego brzmienia, przypomniałem sobie także jego oczy, wyraz jego twarzy i całą jego postać i jego istotę poprzez pozór, którym się osłonił.

— Arsène Lupin —szepnąłem.

— Tak, Arsène Lupin — zawołał, wstając. — Jeden jedyny Arsène Lupin, który powrócił z królestwa cieni, ponieważ, zdaje się, konałem i zmarłem w jakiejś krypcie. Arsène Lupin, całkiem żywy, działający najzupełniej wedle własnej woli, szczęśliwy i wolny, i bardziej niż kiedykolwiek gotów radować się tą szczęśliwą niezależnością na świecie, na którym spotykał się jedynie z przychylnością i przywilejami.