Teraz ja z kolei zacząłem się śmiać.
— O, to naprawdę pan, i tym razem o wiele weselszy niż tego dnia, w którym miałem przyjemność widzieć pana zeszłego roku... Winszuję panu.
Uczyniłem aluzję do jego ostatniej wizyty, wizyty, która nastąpiła po sławnej przygodzie z diademem, po zerwaniu przez niego małżeństwa, po jego ucieczce z Sonią Krisznow i strasznej śmierci młodej Rosjanki. Owego dnia widziałem Arsène’a Lupin, którego nie znałem, słabego, przygnębionego, z oczyma zmęczonymi płaczem, szukającego odrobiny współczucia i sympatii...
— Niech pan o tym nie mówi — rzekł. — Przeszłość jest daleko.
— To było rok temu — zauważyłem.
— Dziesięć lat temu — powiedział. — Lata Arsène’a Lupin są dziesięć razy dłuższe od innych.
Nie upierałem się i zmieniłem temat rozmowy.
— Jakże więc pan tu wszedł?
— Mój Boże, jak wszyscy ludzie, drzwiami. Potem, nie widząc nikogo, przeszedłem przez salon, wszedłem na balkon i oto jestem.
— No dobrze, ale klucz do drzwi?