Rozumiem cię, Joyzello... Nie przede mną wyrzekać się będziesz szczątków swej miłości... Pozostawiam cię sobie samej, wobec swego obowiązku, wobec swego przeznaczenia... Podobne poświęcenia nie chcą mieć świadków i wymagają milczenia... Oto jest prawda: tchórzostwem byłoby uciekać przed nią. Potrafisz stanąć z nią oko w oko, gdy będziesz sama... Czas jeszcze... Podziwiam cię, Joyzello... Twoje życie i twoje szczęście wzywają twej odwagi, a zależą od jednego spojrzenia...

Merlin wychodzi. Joyzella długą chwilę siedzi na ławce, nieruchoma, z rozszerzonymi oczyma, mocno utkwionymi przed siebie. — Po czym się podnosi, wstaje i oddala powoli, nie odwróciwszy głowy.

AKT IV

Sala w pałacu. W głębi, na prawo, wielkie marmurowe łoże, na którym leży nieprzytomny Lanceor. Joyzella strwożona, z rozwianym włosem, krąży koło niego.

SCENA I

Joyzella, Lanceor, potem Merlin.

JOYZELLA

Lanceorze!... O, on mnie już nie słyszy!... Oczy ma szeroko otwarte!... Lanceorze! Tu jestem, jestem przy tobie, patrzę w twoje oczy. Spójrz na mnie, spójrz! Nie, on mnie nie widzi... Lanceorze, miej litość nade mną!... Jeżeli głos twój za słaby, daj jakiś znak życia... Ramionami cię obejmuję, kochającymi ramionami... Przyjdź, o przyjdź do siebie w naszej wielkiej miłości... Patrz, patrz, rękami podnoszę ci głowę... Czy poznajesz me ręce, które ci pieszczą włosy?... Mówiłeś mi często, gdyśmy byli szczęśliwi, mówiłeś mi często, że najmniejsza pieszczota tych rąk ukochanych przywoła twą duszę, nawet wówczas, gdyby w najwyższej błogości żyła w głębi raju, w najczarniejszej nocy głębi... Nie, nie, ona nie jest tam... Ale głowa jego się chyli, ramię opada bezwładnie, a palce jego zimne jak marmur...

machinalnie dotyka kolumny marmurowej koło łóżka

Nie, to co innego... Ale muszę wiedzieć... A jego oczy już nie są...