w ciemności melodyjnej przemiękki aksamit,

co upieścił mnie słowem i dźwiękiem przytulił.

Wprzągnięty w rydwan szumu i cieni już jadę

po smugach, wysyłanych z kabiny na ekran

ponad widzów głowami i blaskiem zwierciadeł.

Śpiewają mi kolory prozaicznych reklam.

Drgają ręce twe białe jak zefirów skrzydła —

osnuta melancholią, naiwna Ariano.

Aż chciałoby się czarne odegnać straszydła

i prozie szarych godzin powiedzieć: dobranoc!