— Ja i mówię: Kołobkow — obraził się staruszek — A oto i Kalsoner. Obydwaj razem przeniesieni, a na miejsce Kalsonera Czekuszyn.
— Co? — tracąc zmysły z radości, krzyknął Korotkow — Kalsonera wyrzucili?
— Tak jest. Wszystkiego jeden dzień zdążył porządzić i wyrzucili.
— Boże! — radując się wykrzyknął Korotkow — jestem ocalony! Jestem ocalony! — i nie wiedząc, co czyni, uścisnął kościstą rękę staruszka. Ten uśmiechnął się. Na chwilę radość Korotkowa omroczyła się. Coś dziwnie złowieszczego błysnęło w niebieskich otworach ocznych staruszka. Dziwnym wydał się i uśmiech, obnażający sine dziąsła. Lecz natychmiast Korotkow odpędził od siebie nieprzyjemne uczucia i zakrzątnął się.
— Znaczy się natychmiast do Spimatu powinien biec?
— Obowiązkowo — potwierdził staruszek — tu i powiedziane: do Spimatu. Tylko pozwólcie waszą książeczkę, ja notatkę w niej zrobię ołówkiem.
Korotkow zaraz polazł6 do kieszeni, zbladł, polazł do drugiej, jeszcze bardziej zbladł, klapnął się po kieszeniach spodni i ze zdławionym krzykiem rzucił się z powrotem przez schody, patrząc sobie pod nogi. Spotykając się z ludźmi, zrozpaczony Korotkow doleciał do samej góry, chciał zobaczyć piękność z kamieniami, spytać się jej7 o coś i zobaczył, że piękność zmieniła się w potwornego, sapiącego chłopaka.
— Gołąbku! — podbiegł do niego Korotkow — mój żółty portfel...
— To nieprawda — nienawistnie odpowiedział chłopiec — ja nie brałem, oni kłamią...
— Lecz nie, drogi, ja nie to... nie ty... dokumenty.