Chłopiec popatrzał spode łba i naraz zaryczał basem.
— Ach, mój Boże! — pomknął w dół do staruszka.
Lecz kiedy przybiegł, staruszka już nie było. Zniknął. Korotkow podbiegł do malutkich drzwi, szarpnął za klamkę. Okazały się zamknięte. W półmroku ledwie-ledwie pachniało siarką.
Zawirowały myśli w głowie Korotkowa jak zawierucha i wyskoczyła jedna nowa: „tramwaj!”. Wyraźnie naraz przypomniał sobie, jak ściskali go na platformie dwaj młodzi ludzie, z których jeden chudziutki z czarnymi, zupełnie jakby przyklejonymi wąsikami.
— Ach, nieszczęście to, oto już nieszczęście — mruczał Korotkow — to już nieszczęście nad wszystkimi nieszczęściami.
Wybiegł na ulicę, przebiegł ją do końca, skręcił w zaułek i znalazł się przed bramą niewielkiego budynku nieprzyjemnej architektury. Szary człowiek, zezowaty i ponury, patrząc nie na Korotkowa, a gdzieś w bok, spytał:
— Gdzie ty leziesz?...
— Jam, towarzyszu, Korotkow, wu pe, któremu dopiero co ukradli dokumenty... Wszystkie co do jednego... Mnie zabrać mogą...
— I bardzo prosto — potwierdził człowiek na ganku.
— Więc zatem pozwólcie...