Wrócił do stołu, wziął z niego papier, przeczytał go raz jeszcze od góry do dołu przez okulary, i naraz zawył:

— Pankrat!

Pankrat zjawił się w drzwiach, jakby podniósł się dźwigiem w operze. Piersikow spojrzał na niego i warknął:

— Wyjdź precz, Pankrat!

I Pankrat, nie wyrażając na twarzy najmniejszego zdziwienia, znikł.

Potem Piersikow zwrócił się do przybysza i przemówił:

— Pozwoli pan!... Jestem posłuszny. Nie moja rzecz. I mnie to nie interesuje.

Przybysza profesor nie tyle obraził, ile zdumiał.

— Przepraszam — zaczął: wy przecież, towarzyszu?

— Co pan wciąż towarzysz i towarzysz... — chmurnie przebąknął Piersikow i umilkł.