„Jednakże” — wypisało się na twarzy Rokka.
— Prze...
— Tak więc, proszę bardzo — przerwał Piersikow: oto kula łukowa. Od niej pan otrzymuje drogą przesunięcia okularu — Piersikow szczęknął pokrywką kamery, podobną do aparatu fotograficznego: — wiązkę, którą może pan zebrać drogą przesunięcia obiektywów, oto Nr. 1. i lustro Nr. 2 — Piersikow zgasił promień, znów zapalił go na podłodze azbestowej kamery: a na podłodze w promieniu możecie rozłożyć wszystko, co się wam spodoba, i robić próby. Nadzwyczaj proste, nieprawdaż?
Piersikow chciał wyrazić ironię i pogardę, lecz przybysz nie zauważył ich, uważnie błyszczącymi oczkami wpatrując się w kamerę.
— Tylko uprzedzam — ciągnął dalej Piersikow: rąk nie należy wsuwać w promień, gdyż zgodnie z moimi obserwacjami wywołuje on przerost epitelium70... a czy złośliwy, on jest czy nie, ja, ku wielkiemu ubolewaniu, nie mogłem jeszcze ustalić.
Tu przybysz zręcznie schował ręce swe za plecy, upuszczając skórzaną czapkę i popatrzał na ręce profesora. Były one na wskroś przepalone jodem, a prawa przy dłoni była obandażowana.
— A jakżeż pan, profesorze?
— Możecie kupić gumowe rękawiczki u Szwabe na Kuznieckim — w rozdrażnieniu odrzekł profesor. — Nie jestem obowiązany troszczyć się o to.
Tu Piersikow popatrzał na przybysza zupełnie jak przez lupę:
— Skąd się pan wziął? W ogóle... dlaczego pan?...