V
Gdy Hulatyński, wyjechawszy na rynek, stanął w szeregu fiakrów i z wysokości kozła spojrzał na ludzi rojących się na chodniku, a pomiędzy tymi ujrzał dawnych znajomych — zdawało mu się, że siedzi w teatrze i patrzy na jakieś ciekawe widowisko. Znając ich sposób życia i niektóre jego szczegóły, mógł z łatwością odgadywać, gdzie śpieszą i po co. I tak np. wiedział dobrze, że stary hrabia Julian, który przechadzał się z wolna po trotuarze, prostując się ile możności i usiłując odmawiające mu posłuszeństwa nogi zmusić do elastycznego chodu, oczekuje tutaj drugorzędnej „naiwnej” miejscowego teatru, idącej na próbę, aby jej wręczyć bukiecik fiołków; że baronowa Schorstein, okryta czarną salopą w kwiaty, toczy się z torbą wyładowaną książkami do nabożeństwa prosto do kościoła ojców jezuitów, gdzie przepędza regularnie kilka godzin dziennie. Tam znowu zobaczył kilku oficerków w ułańskich mundurach brząkających po bruku szablami z kawalerską fantazją. Na pewnika wiedział, że wejdą do cukierni, usadowią się przy oknie i zapijając koniak, będą lustrowali przechodzące kobiety, robili uwagi i śmieli się głośno z własnych konceptów.
Co go najwięcej bawiło, to że niepoznany przez nich może być świadkiem ich różnych sprawek i rozmów, wchodzić niejako za kulisy ich życia i obserwować ich bez sztucznej pozy i złudnego oświetlenia. Ten świat elegancki, pozłacany, wyperfumowany, ukazywał mu się tutaj w całej nagości, nieraz brudnej i szkaradnej.
Niejeden na przykład poważny mąż, członek wielu towarzystw, który w tym świecie uchodził za wzór przyzwoitości i dobrego tonu, wsuwał się wieczorem do jego dorożki, otulony starannie płaszczem, w kapeluszu spuszczonym na oczy i kazał się wieść gdzieś na ustronną uliczkę, do małego domku na uboczu, gdzie widocznie czekano na niego, bo otwierano mu tajemniczo drzwi za umówionym znakiem.
Niejedno małżeństwo przykładne i słodko uprzejme wobec ludzi, wracając we dwoje dorożką z jakiego wieczoru, kłóciło się w najgminniejszy28 sposób, tyle tylko, że po francusku — w tej błogiej nadziei, że dorożkarz nie zrozumie.
Dni schodziły mu na tych obserwacjach, jakby na czytaniu ciekawych romansów ustępami, w których z niecierpliwością nieraz oczekiwał dalszego ciągu. Największą jednak dla niego było przyjemnością, gdy wracał do domu z znacznym zarobkiem, kiedy mógł wieczorem położyć Tomaszowej na stole osiem lub dziesięć reńskich jako owoc całodziennej pracy.
Poczciwa kobiecina nie miała słów na wyrażenie mu wdzięczności i ze łzami w oczach dziękowała mu za łaskę, jaką jej wyświadczał. Dzieci widząc to, całowały go po rękach, jak swego dobrodzieja i tuliły się do niego. Tak go polubiły, że umyślnie nie kładły się wcześniej spać, aby doczekać się jego powrotu, tym więcej, że nigdy nie wracał z próżnymi rękoma i co wieczór przywoził im to cukierki, to zabawkę jaką.
Były to drobnostki niewielkiej wartości, ale dzieciom sprawiały niesłychaną uciechę, na co patrząc, Hulatyński doznawał błogiego uczucia zadowolenia, że tak małymi środkami można sprawić tyle radości i szczęścia.
Zaczął cenić wartość drobnych pieniędzy, gdy się przekonał, że one dawały mu częstokroć więcej przyjemności niż grube sumy wyrzucane dawniej na hulanki i szalone rozrywki.
Każdego dnia wracał do domu do tych trojga istot, które go oczekiwały z upragnieniem, jakby do rodziny; było mu w towarzystwie prostej, ale uczciwej kobiety i tych dwojga dziatek ciepło i miło. Kiedy po kolacji zabrała się Tomaszowa do mycia naczynia, odmawiając przy tym półgłosem pacierze, a on z dziećmi, usunąwszy się w ciemny kąt izby, siedział, gaworząc, opowiadając im różne historyjki lub słuchając ich szczebiotania, czuł się tak szczęśliwy w tym małym światku, do którego mimo woli los go wepchnął, że nie zamieniłby się na dawne życie. Z każdym dniem nabierał więcej zamiłowania do rodzinnego życia. Dotąd dom był dla niego tylko wypoczynkiem po hulankach, ozdobnie umeblowane pokoje nie miały mocy zatrzymać go na dłużej, nudził się w nich i co prędzej wychodził, szukając zabawy i towarzystwa. Teraz zaś, choć mieszkał w skromnej bielonej izbie z drewianymi sprzętami, z przyjemnością myślał o powrocie do domu, bo w tym domku czekało go to, czego nie miał w wykwintnych salonach swoich: serdecznego ciepła.