Sam nie wiedział, jak i kiedy wciągnął się w ten nowy tryb życia i tak się do niego przyzwyczaił, że prawie musiał sobie przypominać, iż niegdyś, niedawno temu, żył w otoczeniu innym, w warunkach całkiem odmiennych. Przeszłość jego świetna, hulaszcza wydawała mn się snem prawie. Prędko zapomniał o tym świecie, który także o nim prędko zapomniał.

Nieraz woził dawnych znajomych, pilnie nadsłuchiwał, czy też nie mówili czegoś o nim, ale nie mógł się tego doczekać. Rozmawiali o rozmaitych drobnych wypadkach tego świata, w którym żyli, ale o nim nigdy ani słowa. Może w samym początku mówiono wiele o nim, o jego niespodzianym i tajemniczym zniknięciu — był chwilowo „bohaterem dnia”, ale potem nowe wypadki i wrażenia zatarły go w pamięci ludzkiej, inne postacie wystąpiły na widownię, a o nim zapomniano jak o umarłym.

Raz tylko, wioząc dwóch jakichś elegantów, gdy przejeżdżał z nimi koło dawnego swego pomieszkania, usłyszał, jak jeden z nich odezwał się:

— Patrz! Tu mieszkał ten osławiony Hulatyński: oto w tych czterech oknach na pierwszym piętrze.

Hulatyńskiemu krew uderzyła do głowy, gdy usłyszał własne wymówione nazwisko. Głos mówiącego nie był mu obcy, ale na razie nie mógł sobie przypomnieć kto to, a obracać się nie chciał, żeby się nie zdradzić.

— I gdzież się on teraz obraca? — dał się słyszeć głos drugi, pełniejszy, świeższy.

— A kto go wie. Może gdzie w Paryżu został markierem przy bilardzie, jeżeli sobie w łeb nie palnął, bo nic innego nie pozostawało mu do zrobienia po owym haniebnym czynie, którego się dopuścił.

— Cóż on takiego zrobił?

— Co? Nadużył naszego zaufania i wszystkich nas w pole wyprowadził, bo żył jak milioner i wszyscy traktowaliśmy go jako milionera, aż tu po jego zniknięciu pokazało się, że miał zaledwie głupie sto kilkadziesiąt tysięcy, które w kilka lat przeszastał. Pomyśl, co to za kompromitacja była dla mnie, który go rekomendowałem w najpierwszych domach, wprowadziłem do klubu. Hrabina Aurora do dziś dnia zapomnieć mi nie może, że flirtowała z nim parę miesięcy; nawet coś podobno było między nimi. Traktowała go jak człowieka z naszych sfer, ufając mojej rekomendacji, a gdy się dowiedziała o istotnym stanie rzeczy, mdlała, awantury wyprawiała, że dała się podejść tak niegodnie! Ale mój drogi, któż mógł przewidzieć, że to takie nędzne indywiduum, a potem oszukało niegodnie? Mnie samego zarwał na kilka tysięcy, ma foi29, jak mnie żywego widzisz.

Hulatyński nie mógł już dłużej wytrzymać i obrócił się, aby zobaczyć, co to za człowiek, który takie bezecne brednie i oszczerstwa na niego wygaduje. Zobaczywszy, zatrząsł się z oburzenia, gdyż w mówiącym poznał majora Rąbigoszewskiego, znanego pieczeniarza30 i wyzyskiwacza młodych ludzi, którego poufale Papkinem, Papciem nazywano.