Zagrozić Julii i jej wspólnikom, że odkryje ich niecne zasadzki, stanąć osobiście przed nimi znaczyło to zdradzić przed światem, że żyje, a tego właśnie nie życzył sobie, bo on dla tego świata umarł na zawsze i nie chciał do niego powracać. Na razie więc nie widział żadnego sposobu odpowiedniego do ratowania młodzieńca.

Jednak nie tracił nadziei, że go uratuje, że musi go uratować, tym bardziej, gdy się dowiedział, że ów młodzieniec — Anatol mu było na imię — jest jedynakiem, że jest już prawie po słowie z młodą, przystojną panienką z uczciwego domu. Widział go nawet raz w towarzystwie tej panny i jej matki.

Panienka miała trochę zakonną minkę, twarzyczkę dziewiczej niewinności i anielski wyraz oczu. Łagodność i dobroć przebijała w każdym jej słowie. Jego, to jest Hulatyńskiego, gdy ją obwoził z Anatolem po mieście, nie nazywała inaczej, tylko: „mój przyjacielu” — a mówiła to takim tonem, że aż serce mu miękło od jej wyrazów.

I ona, i matka nie podejrzewały pana Anatola o żadne pokątne miłostki; wierzyły mu z całą ufnością dusz szlachetnych i czystych, które nie znając, co zdrada, nie posądzają o nią nikogo. W chłodnym i urzędowo grzecznym zachowaniu się Anatola widziały tylko dowody jego skromności i taktu. Ani im przez myśl nie przeszło, jakie niebezpieczeństwo zagraża ich nadziejom. Jakże okropne byłoby przebudzenie z tego snu o szczęściu! Więc Hulatyński ślubował sobie uchronić ich od tego ciosu i młodego człowieka wyrwać ze szponów nędznych jego wspólników.

Na jednego z nich, to jest Rąbigoszewskiego, miał łatwy sposób. Wiedział, że Franciszek nie cierpiał go jeszcze w owych czasach, gdy służył u niego. Nie pomijał on wtedy żadnej sposobności, gdy mu się nadarzyła, by „majora” przed nim osmarować jak najgorzej. On pierwszy opowiedział mu raz podczas rannego ubierania, niby tak dla rozweselenia go, w jaki sposób Rąbigoszewski przyszedł do tytułu majora — i rozmaite inne opowiadał krążące o nim anegdotki, na pozór niby zabawne, ale każda z nich świadczyła niezbyt zaszczytnie o charakterze rzekomego wojaka, wystawiając go jako pieczeniarza, szulera, człowieka żyjącego cudzym kosztem, nierachującego się z honorem i nieprzebijającego w środkach32, gdy szło o zdobycie pieniędzy.

Jak sobie teraz Hulatyński rozważał, wszystko złe, które słyszał kiedykolwiek o majorze, wyszło z ust Franciszka, ale w sposób tak zręczny, że nie miało to wcale pozoru oszczerstwa. Hulatyński słuchał opowiadań Franciszka tak, jak się słucha ciekawych bajeczek z uśmiechem na ustach, i ani się spostrzegł, jak z tych wesołych opowiadań utworzył sobie o majorze wyobrażenie, że to wierutny szubrawiec, którego towarzystwo znosił przez wrodzoną pobłażliwość, dlatego, że nie chciał wywołać zgorszenia wyraźnym odpędzeniem go od siebie.

Skąd datowała się nienawiść Franciszka do majora? — Tego Hulatyński nie mógł wymiarkować. Czy major zawadzał Franciszkowi, czy też ten czuł po prostu do niego antypatię — dość, że go nie znosił.

Otóż Hulatyński umyślił sobie skorzystać z tej nienawiści swego dawnego służącego i użyć jej teraz przeciw Rąbigoszewskiemu i jego wspólnikom. Aby zaś więcej jeszcze rozjątrzyć Franciszka, ostrzegał go, żeby się miał na baczności przed majorem, bo ten chce go wysadzić z służby.

Nie było to zmyślenie, bo w istocie Hulatyński, wioząc raz Anatola z Rębigoszewskim, słyszał, jak ten radził mu zmienić służącego, malując Franciszka z najgorszej strony i obiecując mu wyszukać innego sługę, z którego będzie nierównie więcej zadowolony.

Ostrzeżenie Hulatyńskiego wywarło skutek. Franciszek wybuchnął oburzeniem.