Hulatyński korzystał z tego chwilowego osłupienia jego i mówił dalej:

— Niejednego już wyzyskała ta czuła para w ten sposób, bo to ich rzemiosło, które zapewnia im niezłe utrzymanie. Znam takich, których ta bezczelnica zrujnowała zupełnie.

— Anatolu! — wykrzyknęła, dotknięta do żywego. — I ty nic na to?

— Milcz! — zawołał groźnie młody człowiek do woźnicy i podniósłszy w górę laskę, zamierzył się nią na uparcie stojącego przy powozie.

Ale nim spuścił laskę na jego głowę, Hulatyński pochwycił go silnie za rękę i mówił dalej:

— Daj spokój młodzieńcze, szkoda twojej ręki, szkoda każdego ruchu palca, który byś zrobił w obronie tej kobiety, ona nie warta tego. Jeżeli mi nie wierzysz, to idź przekonaj się, czy nie mówię prawdy, czy tam w oberży nie zastaniesz zastawionej na siebie pułapki, przez pozornego jej małżonka. Ale zabierz dla bezpieczeństwa ze dwóch żandarmów.

— Anatolu! Chodźmy, ten człowiek stracił zmysły — rzekła, biorąc go pod rękę i wychodząc co prędzej z powozu.

— Tak, w istocie, straciłem je przez ciebie, przy tobie, ale teraz je odzyskałem i dlatego przestrzegam innych.

— Chodźmy, chodźmy — powtarzała głośno, aby zagłuszyć jego słowa i ciągnęła za sobą Anatola, który odurzony, nieprzytomny postępował za nią machinalnie.

— Ty idź sama — zawołał Hulatyński, odtrącając ją gwałtownie — on tam nie pójdzie.