— Zwariowałeś! A tobie co do tego?
— Bo ja panu dobrze życzę i nie chcę, aby pana nieszczęście spotkało.
— Co ten plecie? Co ten plecie? — mówiła Julia niby obojętnie, ale na twarzy znać było pomieszanie.
— Idź precz, pijaku! — zawołał zniecierpliwiony Anatol i gwałtownym ruchem odsunąwszy go z drogi, wsiadł do dorożki.
— Siadaj na kozieł i jedź! — odezwał się tonem rozkazującym, który jednak wcale nie zaimponował Hulatyńskiemu, bo odezwał się spokojnie i stanowczo:
— Nie, panie, ja nie pojadę.
— Dlaczego? — zawołał groźnie Anatol.
— Spytaj się pan tej pani: ona wie dobrze dlaczego. Bo tam zaczajony gdzieś czeka jej niby mąż, który w chwili, gdy pan będziesz upojony pieszczotami tej pani, zjawi się z rewolwerem i wekslem in blanco i każe ci zapłacić sobie grubo za pieszczoty. Przypatrz się pan, jak ta pani zbladła ze złości, że zdarłem maskę z jej twarzy i pokazałem, co to za potwór moralny.
— I ty pozwalasz temu człowiekowi obrażać mnie w taki sposób? — wybuchnęła gniewem, zwracając się do Anatola.
Anatol stał pomieszany tym wszystkim, co słyszał, nie mogąc sobie zdać sprawy. Z podziwem patrzył na dorożkarza, przemawiającego do niego językiem ludzi lepszego wychowania, na Julię, którą rozpalone gniewem oczy czyniły podobną do furii.