— Daj pokój! Nie jesteśmy sami — rzekła po francusku, aby dorożkarz nie zrozumiał.

— Cóż ci może zależeć na opinii takiego człowieka? — rzekł lekceważąco.

— Nie, nie, nie można, nie chcę... Wszak jam teraz twoja na wieki. Nic nas już nie rozdzieli. Czyż nie prawda? — mówiła, topiąc w niego namiętne spojrzenie.

— Nie, nie — powtarzał za nią stłumionym głosem i ściskał jej rączki w swoich dłoniach.

— A więc siadajmy — rzekła.

Przeskoczył z nią rów i wprowadził ją do powozu.

Gdy sam chciał także wejść za nią, Hulatyński, który podczas ich rozmowy zsiadł z kozła i niby coś poprawiał koło koni, zbliżył się i zastępując wchodzącemu drogę, odezwał się stanowczym głosem:

— Niech pan tam nie jedzie.

— Gdzie nie jechać?

— Tam, gdzie ta pani radzi.