Obiecywał mu z pewnością, lubo38 sam nie był jeszcze pewien, jak zrobi. Liczył na to, że w tak małym miasteczku nie będzie więcej nad jedną oberżę i to zapewne w rynku, a do rynku doprowadzi go każda ulica, przez którą wjedzie do miasta. Tak więc będzie mógł bez pytania dojechać do miejsca.
Kiedy taki plan układał w głowie i z fantazją podcinał konie, kłusujące szybko po gościńcu, spostrzegł naraz poza drzewami, na ścieżce, która się ciągnęła wzdłuż drogi, jakąś elegancko ubraną damę, która osłoniona od promieni słonecznych czerwoną parasolką, szła od miasteczka naprzeciw nim.
W kształtach i chodzie tej kobiety Hulatyński znowu upatrzył podobieństwo do Julii — choć zdrowy rozum mówił mu, że to chyba złudzenie, powstałe wskutek tego, że ją dziś ciągle miał na myśli.
Ale im bardziej zbliżali się, tym bardziej złudzenie stało się prawdopodobniejsze i skoro powóz znalazł się w takiej odległości, że rysy twarzy dobrze już rozróżnić było można, poznał, że to w rzeczy samej była Julia.
Anatol nie spostrzegł jej zamyślony, aż musiała zawołać na niego.
— Co? Pani tutaj? — zawołał zdziwiony, wyskakując co prędzej z powozu i przeskakując rów, aby zbliżyć się do niej.
— Dlaczegóż tak późno? — spytała obrzucając go spojrzeniem pełnym wyrzutu.
— Późno? — Spojrzał na zegarek. — Pociąg przybędzie dopiero za dobre pół godziny.
— A ja myślałam, że ci zależeć będzie na tym, abyśmy choć z godzinkę przed wyjazdem mogli spędzić w oberży, bo w pociągu może będzie trudno o spokój — rzekła zalotnie, dopowiadając zaiskrzonymi oczyma to, czego usta nie powiedziały.
— O, jakaś ty dobra! — zawołał w uniesieniu młodzieniec i chciał gorącym pocałunkiem podziękować jej, że pamiętała o wszystkim.