Zjechawszy na grunt, gdzie mógł założyć fundamenta pod budynek swej przyszłości, pan baron jako doświadczony rutynista chciał najprzód wymiarkować położenie i przyczaiwszy się w hotelu obserwował najprzód, czy domniemany posag panny Pelagii nie został już przez kogo zaatakowany. Uspokojony w tym względzie począł dalej badać tryb życia tych pań, i przekonał się, że te panie prowadzą życie odosobnione, że nie bywają na żadnych koncertach, ani reunionach, ani w teatrze i jedynym celem ich przechadzek Dytlówka, figura Matki boskiej i kaplica. Były to dość pewne wskazówki zdradzające obecność szlachetnych minerałów, które jednak nie zwracały uwagi innych poszukiwaczy złota. Pan baron postanowił rozpocząć górnicze roboty ostrożnie bez obudzenia czujności współzawodników. Samotny i skromny tryb życia pani radczyni i panny Pelagii nietylko, że mu był na rękę, ale bardziej jeszcze na rękę był jego kieszeni, która wydatków gwarnego i wystawnego życia nie byłaby w stanie długo ponosić.

Należało teraz stosownie do zobserwowanej sytuacyi urządzić swoje życie i charakter. Pan baron najął pokój niewystawny ale elegancki, który miał mu dawać rekomendacyą, że lubi konfort ale nie chce robić zbytków. Była to kwalifikacya, według jego mniemania, bardzo dobra na konkurenta panny skromnie i bez zbytków wychowanej. Następnie wydobył z kuferka żółte angielskie paletko, biały cylinder i lornetkę polową. Miały to być niewątpliwe oznaki jego poważnego usposobienia i amatorstwa do samotnych przechadzek i pięknych widoków. Potrzeba było jeszcze postarać się o jaki ciekawy opis podróży, i książkę do nabożeństwa a to ze względu na częste wycieczki tych pań do kaplicy. Pan baron za pomocą książki chciał nastroić się harmonijnie do religijnego tonu wraz z panną Pelagiją. W tym celu wyszedł z domu na poszukiwanie księgarni.

Ale pokazało się, że w całej Krynicy księgarni nie było, a osoby, które pan baron zapytywał o to, patrzały się na niego z politowaniem i przestrachem jak na człowieka dotkniętego chorobą mózgową. Pan baron zmiarkował po oczach tych osób, że jakąś grubą niedorzeczność popełnił, pytając się o księgarnię, a że na złodzieju czapka gore i pan baron obawiał się, by mu z twarzy nie wyczytano, że myśli za pomocą książki do nabożeństwa starać się o pannę Pelagiją, zaprzestał dalszych poszukiwań i bez książki wrócił do domu. A że następnego dnia chciał się sprezentować tym paniom nie w domu, ale w kaplicy, a do tego pierwszego występu, jeżeli miał odpowiedni efekt zrobić, książka do nabożeństwa była niezbędną; przeto pan baron wiedząc, że nie będzie znowu tak ściśle kontrolowany, zdecydował się wziąść zamiast książki do nabożeństwa słowniczek francuski, nie ubliżający wcale formatem, ani oprawą książkom religijnym.

Tak uzbrojony w powagę i pobożność zjawił się pan baron w kaplicy o godzinie, w której zwykle pani radczyni z panną Pelagiją udawały się na nabożeństwo i tu okiem bacznego strategika wyśledziwszy i obrawszy sobie punkt, w którymby jego postawa i pobożność najefektowniej udać się mogły, usiadł i zatopił gorliwie oczy w słowniku francuskim. A że ta postawa nie dość świątobliwą mu się wydawała, więc przeszedł ku ołtarzowi i uklęknął. Tutaj wpatrując się w obraz z westchnieniem, gdy począł rozpamiętywać, że od tej chwili zależy jego przyszłość, szczęście, spłacenie długów, obiady nie na kredyt jadane, tak się rozrzewnił, że klęczenie mu niewystarczało i położył się krzyżem na ziemi zanosząc gorące modły do Pana Zastępów, by go Pelagija nie minęła. Pobożność jego tembardziej wzrastała, gdy pomyślał, że ona w tej chwili patrzy już na niego i zbuduje się jego pobożnością. Obtarł więc spiesznie nos, nurzający się pokornie w pyle przed Panem zastępów, by się z zakurzonym nosem nie sprezentować swojej bogdance i wstał gotując sobie minę zdziwionego i mile uradowanego na widok Pelagii. Ale miłe zdziwienie przeszło w bardzo niemiłe, skoro obróciwszy się nie zobaczył nikogo prócz babki kościelnej, która z kluczami w ręku czekała na wyjście nabożnego gościa.

Niezrażony tem pierwszem niepowodzeniem pan baron postanowił na drugi dzień ponowić eksperyment, a tymczasem przez resztę dnia nie wychylił się z domu, by nie spotkać się z celem swych życzeń, bo z planów jego wypadało, a może i z wiary zabobonnej, że spotkanie się w kościele będzie wróżbą dobrą i znajomość jego utrwali się przez kościół katolicki, czyli przez ślub.

Następnego więc dnia znowu zjawił się w kaplicy. Tym razem szczęście już na pół mu sprzyjało, spotkał się tam bowiem z panią radczynią. Panna Pelagija dla bólu zębów nie wychodziła tego dnia z domu.

Pani radczyni ujrzawszy w kaplicy barona zadrżała z radości, wzruszenie to przypisywała temu, że widok barona przypominał jej drogiego męża, którego obraz niezatarty piastowała z nieposzlakowaną wiernością w duszy, niespokojnie oczekiwała chwili, w której baron ukończy modlitwy, by go przywitać i zapytać o nowiny z domu, od męża. Baron jednak niesłychanie długo przewlekał praktyki religijne, czem zniecierpliwiona pani radczyni zdecydowała się na krok, który złe języki mogłyby sobie źle tłumaczyć, a z którego jednak przywiązanie małżeńskie dostatecznie ją w naszych oczach usprawiedliwia i zbliżywszy się na przyzwoity dystans do barona wyszeptała cicho.

— Panie baronie.

Baron przybrał minę, której próbę odbył już dnia poprzedzającego i udając miłe zadziwienie zawołał, jednak bez obrażenia świętości miejsca:

— Pani tu?