— E! płony grunt, licha warty. Uprawiać nawet nie ma co, bo się nieopłaci. Więcéj na nim kamieni jak owsa.
— I gdzież ten grunt?
— Niedaleko kościoła, tuż przy drodze, tam, gdzie to źródełko.
— I ciągnie się aż ku rzece?
— Tak — po ten gaik.
— Otóż tu — rzekłem — są zaklęte pieniądze.
Bartłomiej i Jędrek wytrzeszczyli na mnie zdziwione oczy.
— Tu?
— Tak.
— I jakże się dobrać do nich? — spytał Bartłomiej, przysuwając się do mnie.