, nie dał się przeprzeć, aby Ziemia nasza była takiey wielkości, iakem mu powiadał.
Chcąc mię przekonać, że obserwacye iego były nieomylne, wziął w ręce telleskop i przysunąwszy go do oka, gdy obrócił do Ziemi naszey260: „Ah! Przyiacielu! — zawołał — coż widzę! Jaki nowy wynalazek! Ziemia ma przy sobie płanetę podobną do zwierzęcia o długim pysku i ogonie... tak... o długim pysku i ogonie... Nie mylę się... Cztery łapy... plama ciemna koło ogona znaczy zapadłe mieysce...”.
Długo tym sposobem gadaiąc do sobie i przypatrzywszy się dobrze zapadłemu mieyscu przy ogonie, zostawił telleskop i porwał się do pisania. Miałem cierpliwość, żem czekał aż do końca, bo rzecz szła o naszą Ziemię, która mię mocno obchodziła.
Gdy skończył pisanie swoie, prosił mię, abym usiadł i posłuchał dyssertacyi, którą napisał, maiąc ią porozsyłać do różnych akademii. dyssertacya była długa. Nie chcąc nią tak nudzić czytelnika, iak mię znudził astronom, treść tylko iey wypiszę: ta nowa płaneta przy Ziemi naszey, maiąca pysk i ogon długi, cztery łapy i plamę ciemną przy ogonie, była okryta na kształt zwierzęcia włosem, co iak on nazywał, było grubą atmosferą, otaczaiącą tę nową płanetę. Bieg iey był iak wszystkich płanet od zachodu ku wschodowi, ale czas rewolucyi261 roczney, iey wielkość rzeczywistą i co do oka, odległość od Słońca i inne własności zostawiał dociekaniu współkolegów swoich, to tylko ostrzegaiąc, sobie, aby ta płaneta nosiła jmię moie, dlatego iż szczęśliwe zdarzenie, wprowadziwszy mię w dom iego, było mu powodem do iey odkrycia.
Ciekawy częścią oglądać tę nową płanetę, częścią owe dwie plamki iasne na Ziemi, które w Sielanie brałem za dwie wieże Świętego Krzyża, przysunąłem się do telleskopu; ale fetor nieznośny tak mię zaleciał, że w mdłościach padaiąc, obaliłem telleskop. Ten przypadek dał nam obóm poznać, iż nowa płaneta, którą astronom widział, była mysz zdechła w iego telleskopie. Wyszedłem z śmiechem, maiąc na myśli baykę o górze rodzącey, którey płód długo oczekiwany skończył się na myszy.
Obok tego domu był drugi, maiący napis Skrytościom natury. Wszedłszy do niego, obaczyłem sal kilka wielkich, które napełnione były różnemi rzeczami. W pierwszey widziałem zwierzęta różnego rodzaiu. W drugiey ptactwo. W trzeciey robaki lataiące i czołgaiące się. W inney rośliny, kruszcze262... Ostatnia była napełniona recypiensami, kulami szklanemi, butlami, leykami, rurkami i szkłem różnego kształtu. Cztery pierwsze sale były w wielkim porządku, ale te rzeczy, które w sobie miały, tak gruba mgła okrywała, iż ledwie ie z nazwisk można było rozeznać. Z tym wszystkim rządca domu tego i domownicy upewniali mię, iż mimo tey mgły wszystko iasno widzą. Dawano mi mikroskopy, okulary i różne szkiełka, ale przez nie nic więcey nie widziałem, tylko same domysły, które mi się snuły przed oczami.
Wprowadziwszy mię na koniec rządca do ostatniey sali, w którey były różne naczynia szklane: „Oto! — rzecze — droga, którą szukamy prawdy”. Pokazał mi, iak iskra elektryczna zabić może niewinną ptaszynę, iak dusić wszelkie żyiące stworzenia, wyciągaiąc ztamtąd263 powietrze, iak robić gaz wszelkiego rodzaiu, iak magnes ciągnie do siebie żelazo, iak wszystkie ciała są ciężkie, ale mimo wszystkich doświadczeń, nie umiał mi powiedzieć: co to iest elektryczność? co gaz? co przymiot magnesowy? i ten, który wszystkie ciała czyni ciężkiemi? Prawda, że o tym długo rozprawiał, ale to wszystko było tylko domysłem. Nowość iednak rzeczy, których dotąd nie widziałem, wzbudziła we mnie ochotę, abym uczęszczał na to mieysce. Oświadczyłem chęć moią rządcy, a pożegnawszy go, udałem się daley oglądać inne mieysca.
Gdym wychodził z tey sali, obaczyłem napis nad drzwiami w kącie będącemi: Prawdzie i złotu. Ciekawość mię wzięła oglądać to mieysce, bo ktoż nie lubi prawdy i złota? Spodziewałem się, iż tam zobaczę skarby nierównie264 większe, iak mi powiadano w szkołach o skarbach Krezusa; alem się zdziwił, gdym zamiast złota obaczył imbryki, kotły, alembiki, retorty i rekurwy poprzepalane ogniem i niezmierny fetor z siebie wydaiące. Rządca tey sali wybladły, brudną twarz, ręce i suknie maiący, na kształt owego, o którym czytałem w Podróży Guliwera, okropnieyszy ieszcze czynił widok niż iego retorty i rekurwy. Prawda, że nie robił iak tamten chleba z rzeczy obrzydliwych, ale postać iego była równie okropna. Odważyłem się spytać go, dlaczego by był w tak nędznym stanie, umieiąc sekret robienia złota? Powiedział mi, iż w krótkim czasie spodziewa się innego dla siebie losu, iż iuż prawie dociekł sekretu robienia złota i że mu nie dostawało265 tylko iakieykolwiek pomocy pieniężney; do czego aby mię nakłonił, przydał, iż wiele dam modnych uczęszcza na iego lekcyą, aby się nauczyły, iak robić złoto, zruynowawszy mężów.
Prosił mię potym266 o pierścień brylantowy, który miałem na palcu, i aby dał poznać użyteczność swoiey nauki, tyle dokazał, iż móy brylant w dym się obrócił. Żal mi było pierścienia, ale chimik267 więcey szacował sobie ten sekret niż móy brylant o czterdziestu karatach. Nie mogąc wyrwać się od niego, a bardziey omamiony tym, co mi prawił, dałem mu prezent w złocie na dokończenie kamienia filozoficznego, ale tytuł, który mu wszyscy daią: Pako Smeros, co znaczy „wasze łgarstwo”, dał mi poznać, iaki iest koniec tey umieiętności.
Wszedłem potym268 do domu, który miał napis: Zdrowiu ludzkiemu. Dom ten miał trzy wielkie sale. Pierwsza napełniona była elixierami, essencyami, mixturami, kroplami, proszkami, ziołami, albumgrecum i assafetydą. Z tey sali były drzwi prosto do drugiey, gdzie obaczyłem pełno łóżek zaprzątnionych choremi. Jak tylko wszedłem, drzwi się zamknęły, a na nich był napis: Nikt ztąd269 nazad nie wraca. Przestraszony chciałem się gwałtem wyrwać, ale mię upewniono, iż ten napis do tych się tylko osób rozciąga, które tu wchodzą z rozkazu rządcy domu tego.