Co nigdy prawdą nie było ani nie będzie

Kiek se juhasił na Waksmundzkiej1, był hań baca, dwók juhasów, a jo był honielnikiem2 — naganiołek owce do dojenio. Ji roz nom sie tak przytrofiéło, ze num brakło ognia w sałasiy3. I baca godo tému najstarsému juhasowi tak:

— Jasieeeek! Idzze hań pod Kosystom4, jes hań taki dziadék, co siedzi w sałasiy. Idź hań do nijego, on zawse ogień mo. Idź go popytoj5, to ci moze do.

Nej6 Jasiek poseł. Wloz do sałasa, do dziadka i godo:

— Dziadku, dájciez nom ognia.

A dziadek mu godo:

— Ee, chłopce, jo ci ognio dom. Alé ty mi musis opowiedziéć takum opowiostke, co niygdy prowdom nie było ani nie bedziy. Bo jag mi nie opowiés, tó ci ognia nie dom, ba ci wyżne krzyz na plecak.

Nale7 Jasiék, wicie, był taki trosecke dziadowaty, niye wiedzioł dziadkowi nic opowiedziéć, totyz dziadek ognia nie duł ino jak pedzioł, tak zrobiył. Jasiek przyseł do sałasa i godo bacy, ze mu dziadek ognia nie doł. Ale nic bacy nie pedziół, co mu dziadek zrobiył, choć gy bolało.

No to pote baca godo tému drugiemu juhasowi:

— Kubaaaa! Jidzze może ty.