— Uczynię to z całego serca, smutna hrabino — rzecze Don Kichot! — z pośpiechu nie wezmę nawet ostróg ze sobą.
— Co do mnie, ani myślę się ruszyć, z przeproszeniem pani hrabiny — rzecze Sancho — a jeśli bez giermka obejść się nie możecie, weźcie sobie innego. Niech brodate damy poszukają takiego. Ja tam nie jestem czarownikiem, żebym po powietrzu latał. Proszę! proszę! co by powiedzieli mieszkańcy mojej wyspy, widząc swego gubernatora latającego jak wrona po powietrzu. Całuję ręce i brody tych dam. Świętemu Piotrowi w Rzymie, a mnie tu dobrze, karmią mnie doskonale, darowali mi wyspę i mam być taki głupi, by porzucić to wszystko dlatego, że babom brody porosły. Wielkie mi nieszczęście! przecież pustelnicy, święci, nosili aż do pasa brody.
— Przyjacielu, Sancho — rzecze książę. — Wyspa, którą ci obiecałem, nie ucieknie, a wiesz, że godności światowych nie nabywa się bez pracy, proszę cię więc, przez miłość dla mnie i w imię gubernatorstwa, które ci daję, chciej towarzyszyć Don Kichotowi w tej sławnej wycieczce, a czy tu szybko na Chevillardzie powrócisz, czy też zły los pieszo i o pielgrzymim kiju przywiedzie cię w te strony, poddani oczekiwać cię będą. Nabędziesz praw do mego szacunku i w każdej okoliczności chętnie ci usłużę.
— To nadto, wasza wysokość, jestem biedny giermek i nie uniosę tak wielkiego ciężaru grzeczności waszej. Niech mi zawiążą oczy. Ruszajmy wreszcie, kiedy inaczej być nie może i gdy będziemy już wysoko, módlcie się do Boga tu za nas, bo na tym przeklętym koniu tylko diabeł nas wysłucha.
— Przeciwnie — rzecze hrabina. — Malambrun, chociaż czarownik, przez dyplomację jest dobrym chrześcijaninem.
— Siadajmy więc i niech Najświętsza Panna Loretańska opiekuje się nami — rzecze Sancho.
— Od czasu przygody z wiatrakami nie widziałem nigdy swego giermka w podobnym przerażeniu — rzecze Don Kichot — i gdybym wierzył w złe przeczucia, sam trwożyć bym się powinien. — I odwiódłszy giermka na bok, rzecze doń w te słowa:
— Widzisz dobrze, przyjacielu Sancho, jak długa oczekuje nas droga. Różne przygody opóźnić mogą nasz powrót, dlatego czy nie byłbyś łaskaw przed wyjazdem jeszcze oddalić się pod jakimkolwiek pozorem do mego pokoju i dać sobie z pięćset rózeg, bo wiedz dobrze o tym, że rzecz energicznie wzięta, dobrze się kończy.
— Znów coś nowego! — zawoła Sancho. — Do diabła, panie, za przeproszeniem waszej wielmożności, trzeba być wariatem, żeby wymagać czegoś podobnego. Mam siadać na twardą, drewnianą szkapę i chcesz, żebym sobie posiekał pośladek na drogę. Chyba we śnie gadacie, panie. Idźmy raczej dać rozkaz do wyjazdu, ponieważ diabeł nas przyzywa, a za powrotem, gdy damom brody odpadną, na dobre biczować się zacznę.
— Ufam twemu słowu, przyjacielu Sancho — rzecze Don Kichot — pewny jestem, że go dotrzymasz.