Powrócili i gdy już wsiadać mieli na konia, rzecze Don Kichot:

— Zawiążmy sobie oczy. Mając tak wielką sprawę przed sobą, małą jest rzeczą podróżować w ciemności.

— Jedźmy, panie, jedźmy — rzecze Sancho. — Zdaje mi się, że wszystkie brody tych pań leżą mi na sercu, że nie będę mógł jeść, dopóki nie wyzwolimy ich z zaczarowanej kosmacizny.

Don Kichot wydobył chustkę z kieszeni i prosił Donnę Dolorydę, aby mu nią zawiązała oczy. Po chwili jednak zdarł ją szybko i rzecze:

— O ile pomnę, Wergiliusz, pisząc o paladium Troi, wspomina, że koń, którego bogini Pallas ofiarowali, był z drzewa i zamykał w sobie rycerzy, którzy później w ruinę zamienili miasto. Dlatego zobaczmy pierwej wnętrzności Chevillarda.

Don Kichot, wstydząc się chwilowego podejrzenia, z zawiązanymi oczyma wsiadł na drewnianego konia. Sancho wdrapał się powoli z widoczną niechęcią. Skoro tylko umieścił się za siodłem, poprawiał się jak mógł, wreszcie prosił księcia, aby mu dano poduszkę na drogę, gdyż koń zdawał się ciężko nosić.

Hrabina odpowiedziała, że Chevillard nie ścierpł żadnego nakrycia, lecz że może dla wygody umieścić się po damsku za siodłem, a gdy to uczynił, zawiązano mu oczy. Po chwili jednak odwiązał chustkę i spoglądając żałośnie po wszystkich, zaklinał ze łzami, aby zmówiono Ojcze nasz i jedno Zdrowaś Maria za jego duszę.

— Tchórzu! — zawołał Don Kichot — czy na szubienicę idziesz, że tak polecasz modłom swoją duszę? Siedzisz na miejscu pięknej Magellony, z którego na tron Francji zsiadła, a moja obecność czyliż niezdolna natchnąć cię odwagą? Zakryj oczy, bezrozumne zwierzę, i nie śmiej okazywać trwogi w mojej obecności.

— Niech więc zawiążą mi oczy — odpowie Sancho — a ponieważ nie pozwalają polecić duszy mojej Bogu i ludzkim modłom, jedźmy na nieszczęście i nie dziwmy się, jeśli jaki pułk diabłów pojmawszy nas, odda w ręce mahometanom.

Zakryli więc sobie oczy i Don Kichot, widząc, że wszystko gotowe, począł kręcić kołkiem. Zaledwie doń rękę przyłożył, wszyscy obecni krzyczeć zaczęli: