— Niech cię Bóg prowadzi, waleczny rycerzu! Bóg ci dopomóż! mężny koniuszy! Obyśmy wkrótce zobaczyli was znów, a miarkując z szybkości, z jaką przerzynacie powietrze, niedługo czekać będziemy waszego powrotu. Oho! tracimy was już z oczu. Trzymaj się ostro, odważny Sancho, nie poruszaj się, możesz spaść!
Sancho przycisnął się do pana i obejmując go w pół, rzecze:
— Panie, dlaczego tamci z dołu mówią, że tak wysoko już wzlecieliśmy, gdy głosy ich wydają się być tak blisko, jakby nam nad uszami krzyczeli?
— Niech cię to nie dziwi, Sancho — rzecze Don Kichot. — Wszystko w tym jest nadzwyczajne i głos zresztą, nie mając żadnej przeszkody, łatwiej nas dochodzi. Ale nie ściskaj mnie tak mocno. Nie wiem, czego się trwożysz, bo ja na Boga, nigdy w życiu nie siedziałem wygodniej, czuję tak lekkie poruszenie tylko, że czasem zdaje mi się, że na miejscu stoimy. Oddal od siebie próżne przestrachy, mój przyjacielu, wszystko dobrze idzie, możemy śmiało powiedzieć, że z wiatrem idziemy.
— O, naprawdę z wiatrem — rzecze Sancho — nawet z tej strony diablo ostry powiew.
Słusznie utrzymywał Sancho, gdyż kilku ludzi dęło na nich wielkimi miechami z rozkazu księcia, aby zupełnym uczynić złudzenie.
Don Kichot, również uczuwszy wiatr, rzecze:
— Niewątpliwie jesteśmy już w średniej atmosferze, gdzie powstają grady i deszcze, wiatry i grzmoty i jeżeli pędzić będziemy ciągle z taką szybkością, wstąpimy wkrótce w atmosferę ognia.
W tej chwili zaczęto ogrzewać im twarz różnymi zapalonymi materiałami, które szybko płoną, nie wydając szelestu. Trzymano je na długich kijach, aby zbyt nie zbliżać się do naszych jeźdźców.
Sancho, poczuwszy upał, rzecze z trwogą: