— Jaśnie wielmożny pan masz rację we wszystkim — rzecze marszałek dworu — i wszyscy mieszkańcy wyspy zachwyceni są słodyczą jego rządów.

— Tym lepiej — rzecze Sancho — miejcie tylko staranie o mnie i o moim osiołku, a wszystkim nam dobrze będzie. A teraz skoro już się najadłem, zrobimy patrol po mieście. Dobry gubernator powinien osobiście czuwać nad bezpieczeństwem swoich poddanych.

To rzekłszy, powstał, i w towarzystwie intendenta, sekretarza, marszałka dworu, orszaku zbrojnych, z buławą komendanta w ręku, wyszedł na miasto, lecz zaledwie przejrzeli dwie ulice, dał się słyszeć szczęk oręży; przyśpieszywszy kroku, zobaczyli dwóch ludzi walczących, którzy, ujrzawszy się otoczonymi przez żołnierzy, przestali się bić, a jeden z nich rzecze:

— Panowie! Ten jegomość chciał zabić mnie i zrabować na środku ulicy.

— Zaczekajcie — rzecze Sancho — zbadam ja zaraz przyczynę kłótni. Wiedzcie bowiem, że jestem waszym gubernatorem.

— Jaśnie wielmożny gubernatorze — rzecze drugi — w krótkich słowach rzecz całą opowiem. Znajdowaliśmy się razem z tym panem w pobliskim domu gry. Tam on wygrał tysiąc realów, a chociaż widziałem, że niekiedy grał niesumiennie, zamilczałem i przed innymi stronę jego trzymałem, myśląc, że, jak to grzeczność każe, zrobi mi potem jaki podarek, lecz on, zabrawszy wygrane pieniądze, wyszedł i ani spojrzał na mnie. Dogoniłem go tedy na ulicy, prosząc, aby mi część wygranej udzielił, a on bezczelnie chciał pozbyć się mnie kilku realami. To mnie oburzyło i byłbym mu z gardła wydarł pieniądze, gdyby straż waszej wysokości nie nadeszła.

— Cóż ty na to? — zapytał drugiego Sancho.

Ten oświadczył, że przeciwnik jego powiedział prawdę, z tą różnicą wszakże, że pieniądze wygrane były uczciwym sposobem. Bo w przeciwnym razie, opłaciłby się bez wahania świadkowi popełnionego oszustwa; że na koniec napastnik powinien być zadowolony z tego, co mu dadzą, gdy mu zwłaszcza słusznie nic się nie należy.

— Cóż wasza wysokość rozkaże uczynić z tymi ludźmi? — zapyta intendent.

— Oto — rzecze Sancho — ten, co wygrał, złym czy dobrym sposobem, ma dać drugiemu sto realów, a trzydzieści na szpital niech zapłaci. Ten drugi, który nie ma żadnego zatrudnienia, niech mi od jutra wynosi się z miasta i przez lat dziesięć nie powraca tu wcale, gdyż spotkawszy go raz jeszcze, natychmiast powiesić każę.