Gdy nagle „Idzie, idzie” po cichu mi szepce,

I, zanim myśli moje zgromadzić potrafię,

Już, jej rączką popchnięty, znalazłem się w szafie.

Wpada tyran: ja, siedząc cicho w swem więzieniu,

Słyszałem, jak po izbie przebiega w milczeniu,

Wzdychając gniewnie, to znów żałośnie na poły,

Pięściami raz po razu grzmocąc wszystkie stoły,

Kopiąc małego pieska, co mu stanął w drodze,

I rozrzucając wszystkie szmatki po podłodze.

Potłukł nawet, nie wiedząc już w złości, co robi,