Jeden drugiego gniewnie o tę sprawkę wini,

Wreszcie, bez światła, w lęku, ze ściśniętem gardłem,

Zeszli zmacać ostrożnie, czy naprawdę zmarłem.

Możesz zgadnąć, że, z ciemnej nocy korzystając,

Bez oddechum przycupnął, jak pod lasem zając.

Rzecz zbadawszy, umknęli z przestrachem niemałym,

A wraz ja, chcąc dać nura, też z martwych powstałem.

Wtem Anusia, spłoszona również tą udaną

Śmiercią, przybiega ku mnie z trwogą niesłychaną;

(Dobiegły do jej uszu rozmówki i gwary