List XCIII. Usbek do swego brata, santona70 u monastyrze kasbińskim.

Korzę się przed tobą, święty Santonie, i upadam na twarz: ślady twych stóp są mi jakoby źrenica własnego oka. Świętość twoja jest tak wielka, iż, zda się, w ciebie wstąpiło serce świętego proroka. Pokuty twoje wprawiają w zdumienie niebo: aniołowie patrzą na cię ze szczytu chwały i powiadają: „W jaki sposób żywie on jeszcze na ziemi, skoro duch jego jest z nami i buja koło tronu wpierającego się na chmurach?

I jakoż nie czciłbym ciebie, ja, który nauczyłem się od naszych doktorów, iż derwisze, nawet niewierni, mają zawsze znamię świętości, które czyni ich czcigodnymi prawdziwie wierzącym. Bóg wybrał sobie, we wszystkich okolicach ziemi, dusze czystsze od innych i oddzielił je od bezbożnego świata, iżby ich umartwienia i żarliwe modły wstrzymywały jego gniew, gotowy spaść na tyle nieposłusznych ludów!

Chrześcijanie powiadają cuda o swych pierwszych Santonach, którzy schronili się tysiącami w straszliwe pustynie Tebaidy i mieli za naczelników Pawła, Antoniego i Pakomiusza. Jeśli to, co o nich powiadają, jest prawdą, żywoty ich były równie pełne cudów, co żywoty naszych najświątobliwszych immaumów. Spędzali niekiedy po dziesięć lat, nie widząc człowieka; przebywali za to dzień i noc w towarzystwie demonów. Cierpieli bez ustanku prześladowania tych złośliwych duchów; znajdowali je w łóżku, zastawali je przy stole; nigdzie nie mogli schronić się przed nimi. Jeśli to wszystko jest prawdą, czcigodny Santonie, trzeba przyznać, iż trudno spędzić życie w lichszym towarzystwie.

Rozsądniejsi chrześcijanie uważają wszystkie te historie za bardzo dorzeczną alegorię, przedstawiającą nam niedolę bytu ludzkiego. Próżno szukamy na pustyni spokoju, pokusy idą za nami wszędzie. Namiętności, wyobrażone przez tych demonów, nie opuszczają nas ani tam. Te potwory serca, omamy umysłu, majaki kłamstwa i błędu, ukazują się ciągle, aby nas oszukać i napastują nawet wśród postów i włosienic, to znaczy w naszej najwarowniejszej fortecy.

Co do mnie, czcigodny Santonie, wiem, że zesłannik boży spętał szatana i strącił go w otchłań; oczyścił ziemię niegdyś pełną jego panowania i uczynił ją godną aniołów i proroków.

Paryż, 9 dnia księżyca Chahban, 1715.

List XCIV. Usbek do Rhediego, w Wenecji.

Ilekroć zdarzyło mi się słyszeć rozmowę o prawie publicznym, zawsze schodziła ona na rozważania, jakie jest pochodzenie społeczności. To mi się wydaje niezbyt dorzeczne. Gdyby ludzie nie tworzyli gromady, gdyby żyli z osobna i stronili od siebie wzajem, wówczas trzeba by pytać o przyczynę i dochodzić, czemu tak żyją. Wszak ci rodzą się w spójności; syn rodzi się wpodle ojca i trzyma się go. Oto społeczność i przyczyna społeczności.

Prawo publiczne więcej jest znane w Europie niż w Azji; mimo to, można rzec, że namiętności władców, cierpliwość ludów, pochlebstwa pisarzy skaziły jego zasady.