Te prawa miały wiele rozdziałów, znamy ich trzydzieści pięć. Ale idąc do mego przedmiotu najprościej jak zdołam, zacznę od rozdziału, który Aulus Gellus podaje nam jako siódmy i który tyczy zaszczytów i nagród przyznanych tym prawem.

Rzymianie, pochodzący po największej części z miast latyńskich, które były koloniami lakońskimi i które nawet przejęły od tych miast292 część swoich praw, mieli, jak Lakończycy, ową cześć dla starości, dającą jej wszystkie zaszczyty i wszystkie przywileje. Kiedy republice zbrakło obywateli, przyznano małżeństwu i płodności przywileje, które wprzód dawano wiekowi. Niektóre związano z małżeństwem jako takim, niezależnie od potomstwa: to nazywało się prawem mężowskim. Inne dano tym, którzy mieli dzieci, jeszcze większe tym, którzy mieli troje dzieci. Nie trzeba mieszać tych trzech rzeczy. Były wśród owych przywilejów takie, którymi ludzie żonaci cieszyli się zawsze; jak na przykład osobne miejsce w teatrze; były takie, którymi się cieszyli tylko o tyle, o ile nie odebrali im ich ojcowie rodzin lub mający więcej dzieci niż oni.

Te przywileje były bardzo rozległe. Ludzie żonaci, którzy mieli najwięcej dzieci, mieli zawsze pierwszy krok czy to w ubieganiu się o zaszczyty, czy w sprawowaniu tych zaszczytów. Konsul, który miał najwięcej dzieci, pierwszy brał pęk rózeg; miał wybór prowincji; senator, który miał najwięcej dzieci, był pierwszy zapisany na liście senatorów; pierwszy dawał w senacie swój głos. Można było przyjść przed wiekiem do urzędów, bo każde dziecko zwalniało z jednego roku. Jeżeli kto miał w Rzymie troje dzieci, był wolny od wszystkich osobistych ciężarów. Kobiety wolne, które miały troje dzieci, a wyzwolone, które miały ich czworo, wychodziły z owej ciągłej opieki, jaką je krępowały dawne prawa Rzymu.

Jeśli były nagrody, były też i kary. Nieżonaci nie mogli nic otrzymywać testamentem od obcych; żonaci ale bezdzietni otrzymywali tylko połowę. Rzymianie, powiada Plutarch, żenili się, aby dziedziczyć, a nie aby mieć dziedziców.

Korzyści, jakie mąż i żona mogli sobie zapewnić testamentem, były ograniczone prawem. Mogli sobie darować wszystko, jeżeli mieli dzieci razem; jeżeli ich nie mieli, mogli otrzymać dziesiątą część spadku, z przyczyny małżeństwa; a jeżeli mieli dzieci z innego małżeństwa, mogli sobie dawać tyle dziesiątych, ile mieli dzieci.

Jeżeli mąż oddalał się od żony dla innej przyczyny niż sprawy publiczne, nie mógł po niej dziedziczyć.

Mężowi albo żonie, gdy jedno z nich przeżyło drugie, prawo zostawiało dwa lata na powtórne małżeństwo, a półtora roku w razie rozwodu. Ojców, którzy nie chcieli żenić swoich dzieci lub wyposażyć córek, zmuszali do tego urzędnicy.

Nie wolno było zaręczać się, kiedy małżeństwo miało być odłożone na więcej niż dwa lata; że zaś nie wolno było zaślubić dziewczyny przed dwunastym rokiem, można ją było zaręczyć dopiero w dziesiątym. Prawo nie chciało, aby pod pozorem zaręczyn można było cieszyć się daremnie przywilejami ludzi żonatych.

Mężczyźnie, który miał sześćdziesiąt lat, wzbronione było żenić się z kobietą, która miała pięćdziesiąt. Skoro przyznano wielkie przywileje ludziom żonatym, prawo nie chciało, aby były małżeństwa jałowe. Z tej samej przyczyny, kalwizyjska uchwała senatu uznawała za nierówne małżeństwo kobiety więcej niż pięćdziesięcioletniej z mężczyzną mniej niż sześćdziesięcioletnim; tak iż kobieta pięćdziesięcioletnia nie mogła wyjść za mąż, nie narażając się na kary określone tymi prawami. Tyberiusz pomnożył surowość prawa papiańskiego i zabronił sześćdziesięcioletniemu mężczyźnie żenić się z kobietą mniej niż pięćdziesięcioletnią: tak iż mężczyzna sześćdziesięcioletni nie mógł się żenić w żadnym wypadku nie narażając się na kary: ale Klaudiusz zniósł to, co postanowiono za Tyberiusza w tej mierze.

Wszystkie te zarządzenia bardziej odpowiadały klimatowi Italii niż klimatowi Północy, gdzie sześćdziesięcioletni mężczyzna ma jeszcze siły i gdzie pięćdziesięcioletnie kobiety nie wszystkie są bezpłodne.