W getcie było podobnie. Ludzie mieli żołądki, ale nie mieli ich czym zapełniać. Ograniczano ich pożywienie, oszukiwano zupkami Joint’u (z prawdziwej wody) i byłoby wszystko dobrze, gdyby nie to, że pewnego dnia umierali. Źle napisałam „umierali”, to znaczy, że pewnego dnia zamykali oczy i koniec. A trzeba by opisać cały bezmiar męki i cierpień, trzeba by dać obraz oblegających ulice żebraków, nędzarzy, istot pół nagich, dzikich z głodu, chłodu, oblazłych robactwem, którzy leżąc pokotem na chodnikach z całymi rodzinami, wystawiają ci na pokaz swoje gnijące ciała, ropiejące nogi, ręce, ramiona, jak gdyby wołali do tych, którzy jeszcze mogą chodzić: „i na was przyjdzie kolej i to już niedługo. I wy tak będziecie gnić żywcem. Wpierw zaczniecie puchnąć, a potem ciała wasze pokryją się wrzodami i skonacie bez ratunku”.
Bo ratunkiem może być tylko tłuszcz.
Ach, czarodziejski tłuszczu, który możesz nas uzdrowić, utrzymać przy życiu, czemużeś dla nas tak niedostępny? Śpiewają o nim dzieci, dorośli, modlą się do jego mocy, tak chcą żyć, przetrwać, powrócić do sił, do swojej pracy, swych domów, ci żebracy, ci byli ludzie. Kurczowo trzymają się swojej karty żywnościowej, swoich bonów, które stanowią jedyne ich pożywienie, jedyną kruchą nadzieję na przetrwanie. Oddadzą je tylko po śmierci.
„Ach, te bony, ja nie chcę oddać bonów” — to piosenka, gettowa kołysanka, melodia naszej dzielnicy, a słowom jej: „hot rachmunes jidisze menczen, hot rachmunes jidisze kinder”3 towarzyszy jęk nędzarzy, którzy biegną za tobą, wyciągają ręce, błagając: daj mi kartofel, jeden, jeden jedyny, maleńki kartofelek, skórkę od chleba, wodę z gotowanych ziemniaków, obierki buraczane, daj! Nie dasz? Masz przy sobie paczuszkę, a co w niej? Może coś do zjedzenia, może chleb?
Spada na ciebie nieoczekiwany cios. Brudna ręka chłopca dziko wyrywa ci paczkę z ręki, a chłopak ucieka, po drodze zajadając swą „zdobycz”. Jeżeli w następnej minucie milicjanci dopadną go, jeżeli go zbiją, odbiorą, to on już w międzyczasie zdążył zjeść. „Chaper” (łapacz), to nowy zawód małych, zgłodniałych chłopaków, gettowski proceder, który należy likwidować, ścigać, bo po prostu zagraża porządkowi publicznemu, bezpieczeństwu. Ha — ha, ha. Łapcie! Bijcie i likwidujcie! Cóż może być gorszego od głodu, który rozrywa kiszki? Ludzie umierają, konają całe rodziny. Codziennie rano, gdy wychodzisz na miasto, widzisz na trotuarach i jezdniach owrzodzone trupy przykryte papierem, które w ciągu dnia funkcjonariusze zakładu pogrzebowego Pinkierta zabierają na cmentarz. Ludzie konają na ulicy. Konają w swoich mieszkaniach ci, którzy wstydzą się swego głodu i za próg domu nie wychodzą. Umrą w jednym z napadów szału. Nie wiecie, co to szaleństwo głodu trwającego dni, tygodnie, miesiące, lata! Czy widzieliście kiedy takiego obłąkanego w ataku? Nie, nigdy? To wasze szczęście, bo gdybyście kiedyś ujrzeli, nie dałby wam ten widok spokoju i prześladowałby was w snach i na jawie długo, długo, może nawet przez całe życie.
Konają ludzie, ku wielkiej uciesze naszych władz. Może w końcu wytworzyć się taka sytuacja, że nie będzie już komu umierać, mimo że co dzień nowych wysiedlonych sprowadzają do getta. Deszcz, śnieg, noc, dzień — przybywają ludzie wyrzuceni ze wsi, miast, miasteczek Polski, Niemiec, Czech. Przyjeżdżają z tobołkami na plecach — to ich jedyny majątek, aby po niedługim czasie powiększyć kadry żebracze.
„Nikt nie przetrwa wojny, nikt prócz Czerniakowa, Pinkierta i mnie” — mówi Rubinsztein, żebrak, wariat, komik, śpiewak, satyryk i patriota w jednej osobie, jedna z najbardziej popularnych osobistości getta.
— Nasza trójka przetrwa, bo Czerniaków, to prezes gminy żydowskiej, któż by, gdyby go zabrakło, rządził nami, komu by Niemcy dawali zarządzenia, kogo by czynili za nas odpowiedzialnym? Pinkiert, właściciel zakładu pogrzebowego, król nieboszczyków, pierwszy i ostatni grabarz nie może umrzeć, bo któż by go pogrzebał? No, a ja, ponieważ nie mam bonów, więc jak je mogę oddać4?
— A czemu nie dostajesz karty żywnościowej?
— Bo nie jestem meldowany — oświadcza z dumą.