Włóczę się. Bezwiednie przeszłam przez pole i weszłam w jakąś uliczkę. Opieram się o mur.
Co robić? Deszcz pada bez przerwy. Patrzę przez łzy i przez deszcz na szare, smutne niebo. Boże! Boże, czy Ty jesteś, a jeżeli jesteś, czy możesz się na to patrzeć, na to pozwalać!
Bóg — Wszechświat — Dusza — Nieśmiertelność, czy to tylko puste, czcze słowa? Czy nie ma już nic na świecie oprócz zbrodni i tych, co przed nią uciekają?
— Przepraszam, czy panience niedobrze, chora może? — pyta mnie jakaś kobiecina, biorąc za rękę.
Wzdrygam się. Aha, nie, nie, mnie jest dobrze, dobrze, świetnie, doskonale, jestem zupełnie zdrowa, tylko że tam strzelają, zabijają i deszcz pada.
Jureczku, dziś martwy będziesz spał na mokrej ziemi!!! Płaczę. Przymykam oczy i prowadzę ze sobą długie rozmowy.
Mój ukochany, czy to prawda, że już nie wrócisz? Żeś odszedł na zawsze, czy to możliwe? Przecież jesteś mi w życiu niezbędny jak woda, jak powietrze, jesteś dla mnie najwyższą wartością. Umieram z tęsknoty za zobaczeniem ciebie, za wyciągnięciem rąk ku tobie, za złożeniem głowy na twoim ramieniu. Najdroższy, najbardziej ukochany mój. Kiedyś trzymałeś mnie mocno w objęciach, kiedy wydawało się, że nas nic na świecie nie rozłączy.
Wszystko sprawia mi cierpienie, widok nieba, ulic, przez które przechodziliśmy razem, dźwięk muzyki, wszystko wypełnia mi oczy łzami, a serce goryczą, każdy drobiazg, który nosiłeś, krawat, koszula, wszystko przypomina mi ciebie. Zdarza się czasem usłyszeć piosenkę, którą i ty nuciłeś, czuję wtedy, że serce mi się rozrywa. Nie ma już niczego na świecie, co mogłoby mnie wzruszyć, rozpromienić. Szukam twojej duszy, twoich oczu, twojego uśmiechu. Tu zewsząd otaczają mnie widziadła przeszłości i wszystkie ulice Warszawy, po których stąpaliśmy razem, sprzysięgły się przeciwko mnie. Szarpiące pustką dni, dni bez ciebie — dni, których właściwie wcale nie ma.
We śnie często widzę ciebie. Co noc prawie powtarza mi się ten sen. Jesteś obok mnie. Widzę cię, najdroższy, nachylasz się nade mną. Czy to możliwe, żeś wrócił, że znów jesteś przy mnie, że odnalazłam cię? Doznaję uczucia radości, tak druzgocącego, jak druzgocącym może być ból. Serce wznosi się ku tobie. Wyciągam ręce. O rozpaczy zawsze zbyt wczesnych przebudzeń! Samotna wśród ciemnej nocy, samotna na piaszczystej wydmie życia, które opustoszyłeś, co noc wyciągam ramiona ku przelotnemu widzeniu twych kochających objęć. Sen — to jedyna ucieczka, której szukam. Odnajduję jeno gorycz poranka i nie, nie mogę się rozstać z tobą na zawsze. Pragnę cię zobaczyć choćby jeden jedyny jeszcze raz.
Po raz setny, tysięczny przeżywam to, coś ty przeżywał, kiedy cię zatrzymano, prowadzono. Przeżywam twoje śledztwo. Wiem, o czym myślałeś, wiem, jak zachowywałeś się, co mówiłeś, ach, wiem, co czułeś. Ja wiem, najdroższy, co to za męka czekanie na śmierć, co to za męka katorga i bicie, co to strach przed końcem. Cóż bym dała, aby osłonić cię, aby wyrwać cię stamtąd, aby pomóc ci. Mogę dać ci tylko moje życie, bo już nic więcej nie posiadam i dam ci je.