Warszawa. Idę do Rakowskich. Najboleśniejsze wspomnienia przesuwają mi się w pamięci. Co powiem teściowej?
Inka otwiera mi drzwi, całujemy się. Wybucham płaczem.
— Wiem — mówi Inka — wiemy, co zaszło w Lublinie.
*
Teraz siedzę w ciepłym i miłym pokoju. Jestem syta. Spokój. Nie wiem, czy to złudny spokój czy trwały, ale spokój. Nic mi nie grozi, jest ktoś, kto o mnie myśli. Jakież to szczęście. A bywał głód, chłód, wieczna samotność i śmierć. Śmierć czyhała na każdym kroku, pokazując mi w snach i na jawie swe szczerbate zęby, błyskała oczodołami, śmiała się strasznym jazgotem strzałów. Śmierć bywa różna. Bywa cicha, przynosząca wyzwolenie, bywa gwałtowna, nieprzewidziana. Bywa i taka, co się dławi w męczarniach, ale najstraszniejsza to śmierć „niemiecka”. Śmierć, którą niosą ci gestapowcy, SS, SA, Vernichtungs-Kommando, śmierć, która czyha na ciebie wszędzie i stale, która napawa się twoim nieszczęściem, strachem, która igra tobą i bawi przed pochłonięciem. Pije z ciebie krew, pije, pije, zachłystuje się nią, staje się nią pijana, szalona. Bierze cię w posiadanie, śmiejąc się bez końca. Boisz się? Ja cię zaduszę, umęczę. Chcesz żyć? Nie zasłużyłeś na to. Ja wszystkim podołam, będę niszczyć, palić, pochłaniać, jam sojuszniczka Niemców, jam ich kapłanka, jam ich święta, ich bóstwo najwyższe, ich symbol, ich cześć, ich zadanie.
Kiedyż to było, niedawno, a może wcale. Kiedyż to było, czy w życiu obecnym, czy może kiedyś w przeszłym, może to tylko sen koszmarny. Listopad. Lublin. Idę przez pola, łąki, błądzę, nie, nie błądzę, toczę się jak pijana i wyję jak pies, słyszę mój dziwny głos. Deszcz pada, w drewnianych pantoflach przelewa się woda, twarz mokra, łzy, ja płaczę? a może to deszcz, a może to niebo płacze nade mną. Tam Jurek, tam Majdanek, straszliwa kaźń, tam dziś rozstrzeliwują ludzi, 20 tysięcy bezbronnych, niewinnych istot.
Ludzie!!! Czy słyszycie strzały?
Słyszycie i nic, chodzicie sobie spokojnie, załatwiacie swoje interesy, zajmujecie się swoimi powszednimi sprawami. Od czasu do czasu, kiedy do uszu waszych dobiega strzelanina karabinów maszynowych, mówicie: „ale tam biją!” Kręcicie przy tym głową i to wszystko.
Ludzie!!! W głowie mi szumi — tam dziś zabili albo za chwilę zabiją mego męża!
Ale tego nie wolno nikomu powiedzieć. A może właśnie powiem, może właśnie pobiec tam i niech mnie zabiją! Jeżeli 20 tysięcy ludzi, to dlaczego ja mam być lepsza, czemu mam zostać żywa!