Postanawiamy z Gertą, że wyjdziemy z domu dopiero wieczorem, ponieważ bez dokumentów lepiej w dzień nie kręcić się po mieście, w Warszawie mogę przecież spotkać kogoś ze znajomych.

W południe odwiedza mnie mój wczorajszy znajomy. Proponuje mi „kennkarty” po sześć tysięcy złotych, co jest sumą olbrzymią. Wątpię, czy będę miała tyle pieniędzy, mimo to proszę go, aby mi dał czas do namysłu. Zostawia mi numer swego telefonu. Zamierzam jeszcze porozumieć się z córką Eigerów, która też zajmuje się tymi sprawami.

Wieczorem idziemy na Wspólną. Znów jestem w domu, który opuściłam dwa lata temu. Wtedy myślałam, że niedługo doń wrócimy, zajedziemy z wielkim triumfem, a tymczasem idę, oglądając się za siebie, idę ukradkiem, wtuliwszy głowę w ramiona, po schodach, po których biegałam, głośno tupiąc obcasami. Idę jak przestępca.

Pani Czepietowa przyjmuje mnie serdecznie, życzliwie ubolewa nad naszym nieszczęściem. Płaczą po cioci pani Blochowa i pan Więzowski. Pomóc mi jednak nie mogą.

Idziemy do córki Eigerów. Wystraszona staruszka, która nas przyjmuje, oświadcza, że tu wcale taka nie mieszka. Mimo to zostawiam jej karteczkę z adresem Gerty, powołując się na jej rodziców i prosząc, aby się ze mną zobaczyła.

Rozczarowana wracam do domu. Jak trudno jest cokolwiek załatwić! Gerta proponuje, aby kamienie dać do sprzedania jej znajomej — żonie jubilera, która podobno doskonale załatwia tego rodzaju transakcje.

W domu oczekuje nas nowa nieprzyjemność. Panny Jankowskie, takie jest nazwisko sublokatorek Gerty, wiedzą, kim jestem. Ich ojciec był przed wojną woźnym u Jurka w fabryce. Przychodziły do ojca i stąd mnie znają. Jestem wstrząśnięta, więc tak trudno być niepoznaną. Jankowskie są mimo to uprzejme, ale stale dopytują się Gerty, czy długo zamierzam u niej pozostać. Nie mam rady. Na Złotej trzeba tak długo pozostać, aż nie załatwię wszystkiego. Muszę jechać do Sławka.

Następny dzień należy do szczęśliwych, ponieważ z samego rana zjawia się Eigerówna. „Kennkarty” są dwóch rodzajów: lipowa tzn. bez pokrycia w magistracie i druga, też właściwie fałszywa, ale już z pokryciem. Na te ostatnie trzeba długo czekać. Metryki można dostać albo fikcyjne, albo po umarłych. Wobec tego, że mamy mało czasu, decyduję się na pierwsze — bez pokrycia. Mamy w dalszym ciągu występować jako małżeństwo. Bardzo ciężko wybierać sobie imiona i imiona rodziców. Eigerówna proponuje, aby nazwisko było bardzo popularne, żeby nie zwracało uwagi. Wybieram: Wiśniowscy, zachowując pierwszą W. Imiona biorę podobne, a u Jurka to samo, dodając jeszcze po drugim imieniu, żeby można było inaczej na siebie wołać. Chociaż sytuacja nie nadaje się do żartów, jednak nazwisko moje panieńskie tłumaczę dosłownie na polski — z Szac wychodzi Skarbek, stara, polska, hrabiowska rodzina. Tego jeszcze dnia idę do fotografa, gdzie zamawiam potrzebne dla siebie zdjęcie z lewym uchem, a Jurka stare zdjęcie każę odfotografować na lewe. Szykuję również w podobny sposób, ale już u innego fotografa zdjęcia rodziców. Za „kennkarty” Eigerówna chce tylko około czterech tysięcy złotych, co jest stosunkowo niedużo, a ma je dostarczyć w terminie trzech do czterech dni. Teraz chodzi o to, aby w tym terminie sprzedać brylant i dostać pieniądze. Po południu przyjechała z Józefowa pani W., żona jubilera. Za brylant mogę dostać 27 tysięcy, a po odliczeniu kosztu dokumentów i prowizji pozostanie mi 20 tysięcy. Jestem bardzo zadowolona, nie targuję się wcale, przeciwnie, okazuję szaloną radość i szybko zgadzam się na ofiarowaną mi sumę. Nazajutrz telefonuję znów do Jurka i proszę, aby jak najszybciej przyszedł do mnie, ponieważ pchły (Jankowskie) mnie bardzo gryzą i powietrze mi nie służy, więc postanowiłam zmienić mieszkanie i wraz z nim jechać na wieś. Umawiamy się, że następnego dnia odwiedzi mnie. Tak to się lekko mówi „przyjdzie”. Przedrze się przez mury, straże, karabiny, przeskoczy przez fortece, przeciśnie się przez „szmalcowników”.

Odwiedza mnie pani Alina, wiedząc, że mam mało odzieży przynosi mi... spodnie piżamowe i balowe srebrne pantofle na francuskim obcasie. Chce mi się płakać i śmiać zarazem. W mojej sytuacji podarki te są bardzo na miejscu.

Sławek