— Żeby tylko zostało tak do końca — mówi Jurek.
Przy takim życiu pieniędzy nam wystarczy na 8 do 10 miesięcy, do tego czasu może już będzie koniec z Niemcami. Zresztą, jesteśmy u swoich. Mieszkanie, chleb i kartofle mamy. W getcie, dzięki Bogu, spokój. Mogę rodzicom posyłać co pewien czas nieco pieniędzy. Mam stały kontakt z nimi. Domyślałam się, że ojciec pracuje ponad swoje siły, wiem, że jest im bardzo ciężko, ale urządzić ich po stronie aryjskiej nie ma możliwości. Czasem chciałabym, w napadzie tęsknoty, wrócić do nich albo choć na kilka dni iść tam, aby się z nimi zobaczyć. Ale Jurek kategorycznie zabrania:
— Już tam nie ma po co wracać. Nie mamy na getto żadnych zaświadczeń ani dowodów. Zaczynać od początku, podczas gdy tu jesteśmy jakoś urządzeni?
Sto razy dziennie dziękujemy Bogu za szczęście sławkowskie, sto razy dziennie odpukujemy w nieheblowane meble „od uroku”.
Mały, drewniany domku na uboczu, niewinny z pozoru, możesz uratować życie czterem osobom!
W tak spokojne dni zapominamy o wszystkich strachach, lękach, zapominamy o grożącym nam stale niebezpieczeństwie. To, że wyskakujemy z łóżka na turkot fury, że serce nam łomoce na najmniejszy szelest ze dworu, to, że każdy spóźniony list stamtąd to łzy, niepokój, rozpacz — to wszystko głupstwo.
Teraz zresztą jest mróz, leży gęsty śnieg. Obce fury nie zajeżdżają w podwórze, na szelesty zwracamy mniejszą uwagę.
Gerta regularnie przynosi listy z getta. Ostatnio sprzedałam pierścionek i mam zabezpieczone dwa miesiące życia. Cybulski nie przynosi na razie żadnych złowrogich wieści — każdy jest zajęty swoimi świątecznymi sprawami.
Na Sławku też będziemy świętować. Frania, Stasiek i Eryk czekają cały rok na święta Bożego Narodzenia. Ala, jako zawołana gospodyni, lubi krzątaninę, szykowanie, porządki. Cybulski lubi tradycję, a nam z Jurkiem także udziela się nastrój przedświąteczny. Właściwie, zamknięci na Sławku, na którym jeden dzień do drugiego podobny jest jak dwie krople wody, zadowoleni jesteśmy z jakiejś przyjemnej innowacji, chociaż jedno przed drugim nie przyznaje się do tego.
Gerta przyjechała obładowana pakunkami jak wielbłąd. Zamykamy się w pokoju i segregujemy prezenty gwiazdkowe. Gerta załatwiła dla mnie sprawunki w Warszawie, przywiozła upominki dla Ali, Staśka, Frani; ja mam jeszcze książkę dla Eryka, którą kupiłam, będąc w Warszawie, i krzyżykową serwetę, którą haftowałam w ciche wieczory zimowe resztą nici znalezionych na Sławku. Serwetę tę dam Gercie. Ala z Franią królują w kuchni, do której nam wszystkim jest wejście wzbronione, a z której przedostają się smakowite zapachy. Wolą Walnego Zgromadzenia, odbytego na tydzień przed świętami, uchwalono jednogłośnie zerwać z „ekonomią” w gospodarstwie i pozwolić sobie na wyprawienie świąt.