Posyłamy Jurka z Erykiem na spacer do lasku, a same stroimy choinkę do sufitu, którą przyniósł nam Stasiek. Pod choinką układamy upominki. Jakże świątecznie i przyjemnie wygląda pokój. Ileż radości może dać zielone, naiwnie przybrane drzewko!
Wieczorem siedzimy przy wieczerzy. Przypomina mi się „sejder”17 w domu rodziców i łzy stają mi w oczach. Każdy z nas, siedzący przy stole, to rozbitek ludzki ocalony cudem, wyrzucony nierozważną a kapryśną falą losu na wysepkę sławkowską.
Zapalamy świeczki, choinka mieni się od kolorowych zabawek i ogników.
— Chwała Bogu w niebie, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli!
Ludzie dobrej woli, gdzie jesteście, czemu nie możecie dojść do słowa, czynu?
Odnajdujemy upominki. Cóż to? Dla mnie broszka z kaliną i śliczna, maleńka, srebrna, inkrustowana puderniczka. Dla Jurka cygara i srebrna papierośnica! Jesteśmy zdumieni. Chce mi się płakać: więc o nas myślano!
Dziękuję Ali i Gercie. Tworzymy jedną rodzinę, my, ludzie dziwnym trafem zebrani razem. Jakże jesteśmy sobie bliscy. Święto. Nikt, prócz Gerty, nie myśli ani o jego znaczeniu, ani o tym, że jest to święto chrześcijańskie. Myślimy o tym, że jest to dzień, w którym dozwolono nam patrzeć na jarzące się drzewko, obdarowywać się, czuć niepowszedniość dnia, dziwny spokój. Tak — chwała Bogu w niebie, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli.
Wieczór przechodzi pogodnie, mimo łez Frani i Ali.
Jemy z apetytem. Jesteśmy wygłodzeni i rozczuleni. Patrzę na Jurka, który cieszy się jak dziecko na widok każdej nowej potrawy. Rzeczywiście, po codziennych kartoflach nasze żołądki i podniebienia przeżywają prawdziwe święta. Żałuję tylko, że rodzice nie mogą być razem z nami. Ach, ta potrawa smakowałaby mamie, a tę lubi tatuś. Mój Boże, co oni teraz jedzą! Czuję się podła. My tu świętujemy, a oni są tam w getcie.
— Jak można świętować, kiedy wokół... My nie powinniśmy w tym brać udziału...