Widzę, że palnęłam głupstwo. Czemu odmówić tak małej i krótkiej przyjemności ludziom, którzy żyją tylko przez przypadek i nie są pewni dnia ani godziny? Czemu? Może w imię solidarności w mękach i prześladowaniach? Ale patrząc na roziskrzone oczy Eryka, na jego zarumienioną i spokojną buzię, dziękuję Opatrzności za „świąteczny” pomysł.
Na drugi dzień znów święto. Eryk nie może nacieszyć się swymi zabawkami. Gramy z nim w różne gry. Jakże szczęśliwe jest to dziecko. Znów jest małym, wesołym chłopczykiem, który zapomniał w tym dniu o więzieniu w getcie i Umschlagu.
Otrzymujemy życzenia świąteczne od Bolutka i doktorostwa. Sprawia to nam wielką przyjemność: jesteśmy sąsiadami, którym posyła się życzenia, proszę!
Ale tego samego dnia Eryk nagle traci humor, nie chce się bawić, łazi smutny po kątach. Na liczne nasze i Gerty zapytania nie odpowiada. W końcu wybucha:
— Oszukałaś mnie — mówi do Gerty — całe życie oszukiwałaś mnie!
Czymże go matka oszukiwała?
— Opowiadałaś mi — woła mały — że aniołki przynoszą choinki, że Bóg daje dzieciom spełnienie życzeń, to wszystko kłamstwo. Stasiek choinkę uciął w lesie, teraz już się o tym przekonałem, a tyś kupiła prezenty.
— Eryku — mówi speszona Gerta — tak, to prawda, ale robimy to wszystko za wolą Boga i aniołków, jesteśmy jego rękami, podczas gdy oni są naszą głową.
— Tak! — krzyczy chłopak. — Dlaczego Bóg i aniołkowie są głową i interesują się dziećmi i ludźmi tu, a tam w getcie było tak okropnie i nikt się tym nie zajął i nikt nie oswobodził dzieci ze schroniska i nikt nam jeść nie dawał, jak gryźliśmy palce z głodu i płakaliśmy, tak nas brzuchy bolały? Gdy biły mnie na gestapo ręce ludzkie, to głowa-Bóg — pozwalał na to? Powiedz, mamo!
Gerta jest blada jak kreda.