— Teraz choinka i prezenty, ale żeby nam wtedy dali jeść, jakież to byłoby szczęście, a wtedy nikt nie przyszedł!

Z oczu dziecka płyną łzy.

— Tam został Henio, Ignaś, Fela. Wszystkie dzieci nie miały nic, nawet chleba.

Odwracamy głowy od strojnego drzewka.

— Nie chcę się już modlić ani słuchać twoich nauk, mamo, bo wszystko jest kłamstwem. Teraz nie wolno przyznać mi się do ojca, mam go się wstydzić za to, że jest Żydem, a potem przyjdzie czas, że będę się musiał ciebie, mamo, wstydzić, bo jesteś Niemką!

Dziecko stoi z podniesioną ręką i mówi głosem oskarżyciela.

Gerta wychodzi do ogrodu. Idę za nią. Stoi oparta o drzewo. Wygląda jak martwa.

— Gerto — mówię — uspokój się, dziecko zapomni.

— Nie — przeczy ruchem głowy — on nigdy nie zapomina i nigdy nie mówi na wiatr. Tracę moje dziecko, mój jedyny skarb, moje życie.

Tego samego wieczoru Eryk wzbrania się przed odmówieniem pacierza.