— Nie chcę! — mówi.

— Eryku, masz dziewięć lat, ale przeszedłeś piekło i stałeś się człowiekiem dorosłym.

— Mój ojciec był Żydem, ja także nim byłem, jestem i będę.

Oglądamy się na drzwi. Cicho. Jakże tragicznie jest słyszeć te słowa w takiej ciszy wieczornej, w czasie, gdy słowo „Żyd” jest słowem najstraszniejszym na ziemi. Jak dziwnie brzmi to słowo. Nas tropią, prześladują i zabijają. W Eryku widzę taki ogień gniewu, taką zaciętość niedziecinną, że zrozumiałam. Eryk ma wprawdzie tylko dziewięć lat...

Bjokada, pjętko schodzić...

Pewnego razu jadę z Warszawy na Sławek. Jestem jak zwykle zdenerwowana i cudem, w natłoczonym przeważnie przez szmuglerów wagonie, znajduję miejsce. Na szczęście przy okienku. Ma to tę zaletę, że mogę z zainteresowaniem oglądać niezbyt interesujący pejzaż, ale twarz moją, odwróconą do okna, trudniej jest obserwować. W takiej pozycji czuję się bezpieczniejsza.

Na Dworcu Wschodnim do wagonu wciska się zakonnica — szarytka, z małą, może dwuletnią dziewczynką na ręku. Ktoś uprzejmy ustępuje jej miejsca i zakonnica zajmuje miejsce naprzeciw mnie. Jestem bardzo zadowolona z mojego vis-a-vis, ponieważ zawsze bezpieczniej jest mieć naprzeciw siebie zakonnicę niż jakąś szmuglerkę albo wyrostka-cwaniaka, którzy się bezczelnie przyglądają i od spojrzeń których serce truchleje („a może poznał?”). Zwracam uwagę na dziwnie smutne i jakby wystraszone oczy dziecka. Ma chorowitą, bladą buzię. Dziewczynka rozgląda się po wagonie, kręci się na kolanach siostry, marudzi, w końcu zaczyna płakać. Bliżsi sąsiedzi uspakajają małą, siostra huśta ją na rękach, ludzie dopytują się:

— Cóż to, siostro, sierotka?

— Tak — odpowiada szarytka.

— A czemuż taka mizerna?