— A bo chorowała, gorączkowała, ale teraz już zdrowa. Prędko przyjdzie do siebie.

— Pewnie bieda była w domu.

— Tak, tak, bieda.

Patrzę na białe, ciepłe rajtuzki, białe buty i ładne żółte wełniane paletko, kapturek z tego samego materiału i dziwię się: dziecko biednych rodziców nie może być tak ubrane.

Mała ciągle płacze. Jakaś babina wtyka jej do ręki pajdę chleba z masłem. Może głodna? I to nie pomaga. W końcu siostra wydobywa z koszyczka małą kolorową grzechotkę z dzwoneczkiem. Dziecko przestaje płakać, bierze grzechotkę do ręki i spokojnie mówi:

— Dzyń, dzyń, dzyń, dzyń — macha grzechotką i mówi dalej: — Bjokada, schodzić nadu, bjokada schodzić, wsiści pjętko, pjętko, bjokada...

Skóra cierpnie na mnie. Żydowskie dziecko. Tragiczna melodia dni wysiedleń. Rozglądam się. Nikt nie zwrócił uwagi, ale przecież może ktoś zrozumieć. Co robić? Jak zabronić dziecku tej zabawy, nie mogę nic siostrze powiedzieć, bo ta może się przestraszyć. Nie wie przecież, kim jestem.

Wiem, że niektóre klasztory biorą na wychowanie małe żydowskie dzieci. Niestety i w klasztorach bywają denuncjacje i wiele ukrytych dzieci zginęło.

— Siostra zmęczona, proszę mi dać dziecko, potrzymam je.

Biorę dziewczynkę na kolana. Zabawiam ją bajeczką o myszce, co kaszkę warzyła i „koci, koci łapki”, starając się odwrócić jej uwagę od grzechotki. W końcu w odpowiednim momencie wyrzucam niebezpieczną zabawkę przez okno w obawie, aby małej nie przypomniała niebezpiecznych słów. Dziecko siedzi na moich kolanach. Całuję jej smutne oczy, które już widziały krew. Ile dałaby twoja matka, maleństwo, aby cię tak trzymać w objęciach, jak ja cię teraz trzymam. Oddała cię do obcych ludzi, zdaną na ich łaskę i niełaskę, na ich dobroć i złość. Wolała wszystko, byleby cię ocalić od pewnej śmierci tam, w getcie.