Jeszcze raz całuję dziecko i oddaję je szarytce.
W pustyni i puszczy
W okolicach Sławka, po pobliskich wioskach, włóczy się dwoje żydowskich dzieci z Jadowa. Rodziców, rodzeństwo, rodzinę zamordowano w getcie. Czternastoletniej dziewczynce wraz z ośmioletnim braciszkiem udało się skryć, a potem uciec do lasu. Łaziły, biedactwa, odziane w szmaty po lasach, po polach i łąkach, kołatały nieśmiało do drzwi chat, prosząc gospodarzy co łaska, omijały szosy i drogi. Szły, nie wiedząc, kiedy i od kogo spotka je śmierć.
Tu poszczuto je psami, tam obito, ale przecież litościwa ręka podała im kromkę chleba, ugoszczono ciepłą zupą, pozwolono przeprać szmaty. Nikt jednak nie zgadzał się dzieciom użyczyć noclegu, wpuścić do domu — tego bano się. Nikt zresztą nie chce narazić się na śmierć przez cudze dzieci. Gdy ciepło było, jakoś spały w lesie, ale kiedy nastały mrozy, spadł śnieg, dzieci wprost zamierały z zimna. Chłód i głód zniszczyły ich organizm. Puchły im ręce, nogi. Przychodziły i na Sławek. Za każdym razem dostawały tyle, aby się mogły najeść do syta i zabrać nieco z sobą na drogę. Chętnie bym ich przetrzymała nieco, żeby odpoczęły, ale boję się przeciągać strunę.
Pewnego dnia pod wieczór dzieciaki przyszły na Sławek. W kuchni była jak raz rodzina Frani i szwagier Staśka. Ala była w Warszawie. Frania nagrzała im zupy, nakroiła grube pajdy chleba i nastawiła wodę do mycia. Dzieci usiadły w kącie, jak małe, zagonione zwierzątka, łapczywie pożerały kaszę ze swych miseczek, nieufnie spoglądając dookoła.
— Jedzta, jedzta — zachęcała Frania — jest jeszcze z pół gara dla was.
Stasiek szykował maszynkę do strzyżenia.
— Obstrzygę cię, synu, to zdrowiej.
Po posiłku dziewczynka w misce Franinej szorowała siebie i braciszka, a potem, gdy przeprała łaszki, chłopczyk wymyty i wystrzyżony stał przy piecu, grzejąc się i patrzył w ogień.
Grzej się, mały. Widzisz, są ludzie, którzy w swoich mieszkaniach mogą rozpalić ognisko i grzać się tak, jak ty się przy nim grzejesz. Grzej się, weź z sobą zapas ciepła, naciesz swoje oczy czerwono-żółtymi promieniami. Gdy będziesz błąkać się po zimnych polach, gdy wiatr lodowaty będzie ci dął w plecy, nogi zlodowacieją, a palce u rąk będą kłuć i palić od zimna, wtedy będziesz mógł choć przypomnieć sobie, żeś stał tak blisko dobroczynnego żaru i będziesz mógł marzyć, że się to znów kiedyś powtórzy.