— Eryku — zawołała Frania — chodź tu, pobaw się z chłopczykiem.

Eryk stanął w drzwiach kuchni. Wydawało mi się, jakby na chwilę zawahał się. Przyjrzał się ludziom siedzącym na ławkach: Franinej matce, ponuremu ojcu, siostrze, ospowatemu szwagrowi Staśka o nieprzyjemnych, kaprawych18 oczach i powiedział:

— Też. Ja tam z Żydziakiem bawić się nie będę — wykręcił się na pięcie i odszedł.

Ubawione towarzystwo zarechotało.

— Ho, ho, ale odpowiedział, jak prawdziwe pańskie dziecko!

Podobało im się. Tylko Stasiek i Franka spuścili głowy.

Twarz chłopczyka stojącego przy ogniu była, jak zwykle, smutna. Oczy patrzyły spokojnie. Przywykł do drwin, pomiatania, pogardy. Przywykł do tylu nieszczęść, do takiej męki, że ten incydent nie zrobił na nim wrażenia. Przeciwnie, może gdyby Eryk zechciał się z nim bawić, gdyby mówił z nim, jak z równym sobie, może wtedy myślałby, że to jakoś nienormalnie, że to nie w porządku.

Łzy stanęły mi w gardle, miałam ochotę porwać Eryka i zbić go. Po cóż go tu trzymamy! Wstrętny, obrzydliwy szwab, niech go sobie Gerta zabiera stąd. Mała żmija, potwór nie dziecko, a jak się umiał dobrze maskować. Teraz dopiero widzę, jaki on jest.

Zgnębiona wchodzę do pokoju. Jurek czyta książkę.

— No, jak dzieci? — pyta mnie.