— Biedactwa, męczą się.
— Chciałem tam wejść — mówi Jurek — ale nie chcę przy tych ludziach, mógłbym się czymś zdradzić w rozmowie z dziećmi. Zresztą, powiem ci prawdę, nie chcę patrzeć na tę ich mękę, kiedy im pomóc nie mogę. Cóż możemy im dać? Dam im trochę pieniędzy.
Frania szykuje im paczkę żywnościową. Dziś przenocują w stodole, a jutro rano pójdą sobie. Przez noc przeprane łachy przeschną.
Chcę opowiedzieć o Eryku, ale po prostu nie śmiem, wstyd mi za niego, nie chcę, by Jurka denerwował. Siadam przy stole i zabieram się do cerowania.
Słyszę, jak w przyległym pokoju Eryk kręci się przy szafie, wyjmuje coś, kładzie z powrotem, otwiera szuflady; słyszę, jak taszczy walizkę, sapie, trudno mu ją otworzyć. Innym razem weszłabym do niego i spytałabym się go, czy mu potrzebna pomoc, ale teraz nie chcę na niego patrzeć.
— Co ty robisz? — pyta Jurek.
— Nic, n-i-c — odpowiada przeciągle chłopak.
— Jak to nic?
Wchodzę do niego. Klęczy przy walizce i na kupkę odkłada swoje sweterki, skarpetki, ciepłe majteczki.
— Co to za porządki? — pytam się.